Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

Recenzję: PRZYJACIEL CZŁOWIEKA – Andrzej Pilipiuk #przyjacielczłowieka #andrzejpilipiuk #recenzja

Czy Andrzej Pilipiuk potrzebuje krytyków literackich, recenzentów i opiniotwórców? Oczywiście, że nie! To nazwisko jest już na takim etapie kariery, że może sobie pozwolić wyłącznie na informację o premierze, a resztą przejmować się nie musi. Mimo wszystko postanowiłam, że podejmę rękawicę i skreślę kilka słów na temat jego najnowszego tomu opowiadań. A to ze względu na mocno różniące się opinię czytelników, których Przyjaciel człowieka wyraźnie podzielił.

Zacznę od tego, że wydawnictwo Fabryka Słów nie tylko nie obniżyła poziomu wydawanych zbiorów opowiadań Pilipiuka, ale wręcz wspina się coraz wyżej, zaskakując nas raz po raz swoimi pomysłami. Za projekt wydania odpowiadali Eryk Górski i Robert Łakut, projektem okładki zajął się Szymon Wójciak, a za zdjęcie na froncie okładki odpowiedzialna jest Marta Orlowska z arcangel. Oczywiście spodziewam się, że tych nazwisk większość z Was nie kojarzy, ale jeśli poszperacie uważnie w necie, znajdziecie nie jeden ich projekt, który zwala z nóg. Projekt książki jako całość to absolutny majstersztyk wydawniczy i żadne zdjęcie okładki zamieszczone w sieci nie odda jej wspaniałości w stu procentach, książkę trzeba wziąć do rąk, aby zrozumieć mój zachwyt. Na samą fotografię frontu oprawy można patrzeć bez końca jak w transie. Zazdroszczę Pilipiukowi tak oprawionych książek. Są piękne i dopracowane w każdym szczególe. Jednak to nie wszystko, co sprawia, że książka jest wyjątkowa. Są w niej ilustracje Pawła Zaręby, którego styl doz łudzenia przypomina mi umiejętności Grzegorza Rosińskiego (tego od Thorgala). Obaj panowie mają niebywały talent, a że osobiście jestem wielką miłośniczką Rosińskiego, Zaręba poprzez to podobieństwo również jest na szczycie moich ulubieńców.

CZTERY OPOWIADANIA. CZTERY PORTRETY LUDZKIEJ NATURY

Co do zawartości książki i fabuły zgodzić się trzeba, że ich jakość bywa tu różna. Są te lepsze i są nieco gorsze opowiadania, ale całość prezentuje się wybornie. Pilipiuk zdążył przyzwyczaić czytelnika, że pisze nierówno, ale znajdźcie mi jeden zbiór opowiadań, jakiegokolwiek pisarza na świecie, o którym można powiedzieć, że wszystkie zawarte w nim opowiadania są na tym samym, wybornym, wspaniałym i genialnym poziomie. Nie znajdziecie. Nie wynika to jednak z tego, że autorowi się nie chciało, czy raz miał lepszy, a raz gorszy dzień. Trzeba na to spojrzeć z innego punktu widzenia. Zbiór opowiadań jest jak muzyczny longplay. Wpada nam w ucho jeden kawałek i porównujemy do niego wszystkie kolejne utwory. Efekt zawsze jest taki sam: są lepsze i gorsze kawałki. Jednak wracamy za jakiś czas do tejże “płyty” i słuchamy ją bez żadnych uprzedzeń, utwór za utworem, wsłuchujemy się w każdy dźwięk, w każde słowo i dopiero wtedy doceniamy krążek, jako całość. Ot i cała filozofia.

Rozumiem preferencje czytelników, jak i to, że zagorzali wielbiciele Pilipiuka będą kręcić nosem. To samo robię ja, kiedy słucham nowych wydań choćby Metallicy. Jednak jako czytelnik niezwiązany ściśle z twórczością tegoż autora, potrafię docenić całość Przyjaciela człowieka, nie porównując ich z Okiem Jelenia, Jakubem Wędrowyczem czy cyklem Kuzynek Kruszewskich. Opowiadania są trudną formą literacką i prawdę mówiąc, niewielu daje im radę. Andrzej Pilipiuk należy jednak do mistrzów tej formy i dowodem tego jest 11 tomów autorskich opowiadań oraz liczne antologie.

Trudno ocenić, czy Przyjaciel człowieka jest najlepszym tomem opowiadań Pilipiuka. Z jednej strony jest nieco inny od pozostałych, z drugiej zaś wciąż trzyma ten sam, wysoki poziom i obraca się w tym samym lub podobnym klimacie. Każda chwila spędzona z którymkolwiek zbiorem opowiadań Pilipiuka jest tego warta. Odnoszę jednak wrażenie, że Przyjaciel człowieka wciągnął mnie trochę bardziej niż poprzednie zbiory, a moim ulubionym opowiadaniem z tej książki (nie znaczy to, że pozostałe są gorsze) jest bez wątpienia My, bohaterowie… .

Pilipiuk ma nieograniczone możliwości tworzenia światów literackich, a zasoby jego pomysłów powinny wystarczyć na kolejne dziesięciolecia.

Przyjaciel człowieka stanowi swoistą alegorię do biblijnych Czterech Jeźdźców Apokalipsy i może zrozumienie tej metafory pozwoli czytelnikowi spojrzeć na najnowszy zbiór opowiadań z innej strony. Wszystkie cztery opowiadania mają pewien klucz i tworzą jedną ciekawą całość. Wydaje się nawet, że żadne z opowiadań nie mogłoby istnieć samoistnie bez trzech pozostałych, a forma, w jaką autor opakował biblijną przypowieść, mocno oddaje ducha naszych czasów, choć duch ten ukryty został między wierszami.

Proszę wybaczyć mi żarliwy zachwyt nad zbiorami opowiadań Pilipiuka, ale w Przyjacielu człowieka dostrzegam pasję autora porównywalną do pasji, jakie zauważam w książkach Kinga, Mastertona czy Vonneguta, a to stawia Pilipiuka w jednym szeregu z największymi pisarzami tego świata. Szkoda, że ten świat nie może poznać jego talentu, bo brzydko mówiąc, jest to najlepszy literacki towar eksportowy, jaki możemy mu zaoferować, lecz wciąż nie potrafimy tego zrobić.

PRZYJACIEL CZŁOWIEKA

Oto nadciąga czterech jeźdźców, a każdy ma swoją historię.

Wojna zacznie swoją opowieść od niemożliwego – oto doktor Skórzewski, uniewinniony decyzją samego Hitlera, dołącza do nazistowskiej ekspedycji naukowej.
Zaraza szepnie Ci do ucha, jak pozostawiła po sobie tylko zgliszcza starego świata, na których wbrew wszystkiemu wyrasta coś nowego. Bo trudniej jest złamać ludzkiego ducha, niż unicestwić ciało.

Głód pokaże Ci swoje nieoczywiste oblicze. Bo głód wiedzy, tak samo jak głód jedzenia, potrafi zmusić człowieka do szalonych kroków.

Śmierć przypomni Ci, że żywi nie powinni zbliżać się do świata zmarłych, bo za przekroczenie cienkiej granicy przyjdzie im słono zapłacić.

Cztery opowiadania – cztery portrety ludzkiej natury.

ANDRZEJ PILIPIUK

Człowiek z przeszłości. Niestrudzony tropiciel ciekawostek z lamusa. Kolekcjoner nagród literackich, który z pisania z pasją uczynił swój sposób na życie.

Autor na swoim koncie ma już 38 książek (Fabryka Słów), 19 tomów kontynuacji Przygód Pana Samochodzika pod pseudonimem Tomasz Olszakowski oraz sentymentalny album „Wojsławice – skarby naszej pamięci; wspomnienie o miasteczku”. Homo literatus, który do pisania podchodzi z żelazną konsekwencją – pracuje planowo, codziennie, a kiedy poczuje zmęczenie fabułą, zabiera się za inny tytuł. Uprzedzając krytykę sam siebie nazwał Wielkim Grafomanem. Z wykształcenia archeolog, z zamiłowania łowca meteorów. Beznadziejnie zauroczony zapomnianymi odkrywcami i wynalazkami XIX wieku. Społecznik. Własnym sumptem i ogromnym zaangażowaniem wydał unikatowy album o Wojsławicach, mieście w którym narodził się Jakub Wędrowycz. Twórca panteonu niezwykłych bohaterów literackich oraz Jakuba Wędrowycza – zawistnego, mściwego kmiota, bimbrownika i egzorcysty. Jedynego w naszej literaturze, rdzennie polskiego superbohatera, który przez lata rozśmieszania do łez dorobił się własnego festiwalu.

Tytuł: Przyjaciel człowieka

Autor: Andrzej Pilipiuk

Ilustracje: Paweł Zaręba

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Premiera: 15 stycznia 2020

Projekt okładki: Szymon Wójciak

Liczba stron: 402

Oprawa: Zintegrowana

Format: 125 x 195 mm

ISBN: 978-83-7964-523-7

OCENA: 10/10

Uzasadnienie: Niewielu autorów na świecie potrafi pisać tak dobre opowiadania. W Polsce jest ich jeszcze mniej.

https://www.hultajliteracki.pl/post/przyjaciel-człowieka-andrzej-pilipiuk?fbclid=IwAR2LM8pJuGYIISycv-n1VtavHNzgli87ZuoM8ykFzyCZ1jfGIhl99eBN0DA


Rozhovor s Andrzejem Pilipiukiem o knize “Přítel člověka” #AndrzejPilipiuk #PrzyjacielCzłowieka #wywiad

Postapokaliptická Varšava, válečný virus a duchové v Itálii – rozhovor s Andrzejem Pilipiukiem o knize “Přítel člověka” na booklips.pl

Warszawska postapokalipsa, wojenny wirus i upiory we Włoszech – wywiad z Andrzejem Pilipiukiem o książce „Przyjaciel człowieka”

„Przyjaciel człowieka”, nowa książka Andrzeja Pilipiuka, będąca zbiorem czterech dłuższych historii, stoi już w księgarniach i na półkach wielu czytelników. Z okazji premiery tej publikacji rozmawiamy z autorem o bohaterach jego opowiadań, Robercie Stormie i doktorze Pawle Skórzewskim, a także o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jakimi osiągnięciami mogły pochwalić się faszystowskie Włochy? Jak zmienia się współczesna Warszawa? Jak wyglądałaby Polska przyszłości po końcu cywilizacji? Zapraszamy do lektury wywiadu z Andrzejem Pilipiukiem.

Marcin Waincetel: Patronami twojego najnowszego zbioru są czterej jeźdźcy apokalipsy. O końcu świata w najbardziej dosłowny sposób piszesz w tytułowym utworze, „Przyjacielu człowieka”, ale i w pozostałych historiach znaleźć można pierwiastki katastroficzne.

Andrzej Pilipiuk: Jakoś tak wyszło, że wszystkie teksty w tym zbiorze wyszły „bardzo na poważnie”. W „Duchach Poveglii” piszę o zakręcie medycyny – o entuzjazmie, o rzuceniu wyzwania nieuleczalnym chorobom, o śmiałości działania, która jednak niepoparta wiedzą prowadzi do tragedii oraz zbrodni… O człowieku, który chciał pomagać ludziom, ale straszliwie zbłądził.

W jaki sposób natrafiłeś na włoską wysepkę Poveglia i jej upiorną historię?

„Duchy…” to jedna z fabuł „weneckich”, które obracam sobie od jakiegoś czasu w głowie. Odwiedziłem jak dotąd „Miasto miast” trzykrotnie. Na opowieści o Povegli trafiłem dość przypadkowo – studiując dzieje Wenecji zainteresowałem się też zabytkami małych wysepek laguny. Historia tej wyspy faktycznie jest ponura – izolacji chorych służyła kilkakrotnie. Stała się też masowym grobem ofiar co najmniej trzech wielkich epidemii. Povegli nie da się obecnie zwiedzać – jest zakaz przybijania – ale w necie są zdjęcia i filmy. Jako archeolog z wykształcenia wiem, czego można się spodziewać w masowych grobach ofiar epidemii.

Fabuła „Duchów…” rozgrywa się w konkretnym momencie historycznym.

Dużą trudność sprawiło mi umiejscowienie akcji w czasach Mussoliniego. W czasie wojny mieliśmy do czynienia z Niemcami-nazistami oraz narzucanym nam przez nich „porządkiem”. Te tragiczne doświadczenia opisano wielokroć. Materiałów jest w bród… Jest też trochę publicystyki opisującej państwo Hitlera pod koniec lat 30. XX wieku. Polscy dziennikarze przeważnie chwalili, że różne rzeczy są tam niegłupio urządzone. Cytaty z tych zachwytów dziś budzą nasze zdumienie i zażenowanie – tylko najbystrzejsi publicyści dostrzegali wilcze kły nazizmu…

A jak to było z przedstawicielami włoskiej nacji?

Faszyzm włoski to dla nas pewnego rodzaju terra incognita. Ja trochę liznąłem temat przy okazji grzebania w dziejach wojny włosko-abisyńskiej. Ale teraz musiałem wgryźć się głębiej. Pokazać obraz obiektywny. Nie było to łatwe. Włochy w tym okresie dokonały ogromnego skoku technicznego, podniosła się jakość życia zwykłych ludzi. Polscy reportażyści, którzy dotarli do „kraju czarnych koszul”, przeważnie bardzo chwalili wiele rozwiązań społecznych wprowadzanych przez państwo faszystowskie. Musiałem zatem znaleźć informacje i napisać coś o cieniach egzystencji w takim ustroju.

Skoncentrowałeś się jednak nie na aspekcie wojennym, a przynajmniej nie tylko, lecz na medycynie.

Od strony przedstawionych w opowiadaniu realiów medycznych – Włochy, o czym mało kto wie, w tym okresie były krajem pioniersko rozwijającym psychiatrię i neurochirurgię. Podczas gdy w sojuszniczej III Rzeszy przymierzano się już do wprowadzenia zbrodniczego programu T4 – u faszystów nastawiano się raczej na leczenie, opracowywanie nowych terapii. Do dziś w psychiatrii stosuje się elektrowstrząsy – wprowadzone do medycyny właśnie przez nich.

Piszesz o ówczesnej nauce, ale też o sztuce…

Bo zarazem chciałem też pokazać mały przebłysk etosu inteligencji II Rzeczypospolitej. 17-letnia Malwina Skórzewska jest córką naukowca, gra na skrzypcach, maluje, interesuje się historią sztuki. Jest ciekawa świata. Czas spędzany na rekonwalescencji w Wenecji wypełnia radosnymi poszukiwaniami. Cieszy oczy miastem i poznaje skarby jego kultury. Chodzi na koncerty, ale też rysuje i maluje to co widzi wkoło. Kawa, książki, skrzypce, a do dokumentowania rzeczywistości rysownica, ołówek i camera lucida – zamiast aparatu fotograficznego. Dziewczyna i jej przyszywany dziadek to dla Antonia swego rodzaju okruch kraju, z którego pochodził jego ojciec. Ludzie z klasą. Polacy. Otwarci, przyjaźni, życzliwi, pomocni…

A wszystko rozgrywa się w swoistym areszcie. Pułapce pozornie bez wyjścia.

Akcję oparłem na dość zgranej kalce fabularnej. Uwięzienie w szpitalu dla umysłowo chorych to pomysł, delikatnie mówiąc, „nie pierwszej świeżości”. Musiałem się postarać, by w tej konwencji stworzyć coś niebanalnego. Pomysł opowiadania o chłopaku, który dotykając przedmiotów, przeżywa wizje, patrzy przez chwilę oczyma ich nieżyjących właścicieli, chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Zgrałem jedno z drugim i dobrze oceniam efekt końcowy.

Można powiedzieć, że motywem przewodnim „Duchów…” jest wolność. Czym jest ona dla ciebie?

Wolność… No cóż – gdy miałem naście lat, żyłem w kraju biednym, ponurym i straszliwie siermiężnym, z którego nie można było wyjechać i w którym – jakby tego było mało – szalała cenzura. Wiedziałem o istnieniu co najmniej kilkunastu książek, których nie sposób było zdobyć i przeczytać, bo albo nie były tłumaczone na nasz język, albo wydano je po raz ostatni jeszcze przed wojną… Miałem długą listę miejsc na świecie, które chętnie odwiedziłbym. Tamta niemożność wzbudziła we mnie gniew i sprzeciw. Do dziś to we mnie tkwi. Złość wobec głupich i zbędnych ograniczeń. Złość wobec niezawinionej krzywdy zwykłych ludzi i zwykłych narodów…

Poszukiwanie trudno dostępnych książek nasuwa mi naturalne skojarzenie z następną postacią, której losy śledzimy w nowym zbiorze. Storm zajmuje się rozwikłaniem kolejnej zagadki historycznej. Zastanawiam się, dokąd właściwie zmierza twój bohater? Bo wydaje się on coraz bardziej zagubiony we współczesności. Wielkie tajemnice z poprzednich epok stają się zaś dla niego formą terapii.

Storm faktycznie coraz bardziej odstaje od zmieniającego się świata. Ale i po prawdzie sam mam z tym coraz większy problem. Warszawa na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza bardzo się zmieniła. Z pozoru na lepsze. Powstały nowe osiedla, wykopano kolejne stacje metra, są ścieżki rowerowe. Przybyło muzeów. Z drugiej strony w tym pędzie ku nowoczesności rozdeptano i zniszczono wiele. Na Szmulkach poznikała dawna zabudowa: podwórka otoczone stajniami i budynkami gospodarczymi – relikt czasów, gdy chłopi przywozili do stolicy towary furmankami. Pamiętam je z dzieciństwa, niektóre już opuszczone stały jeszcze kilka lat temu.

Ślady przeszłości stają się coraz bardziej zatarte?

Czasem pogoń za pieniądzem kompletnie zaślepia. Opodal ulicy Stawki postawiono osiedle apartamentowców – tymczasem każdy warszawiak wie, że to teren umschlagplatzu. Wywieziono stąd na śmierć 300 tysięcy ludzi. W tym miejscu powinien być park pamięci, a nie blokowisko. Upamiętnienie – mały pomniczek przy ulicy nijak nie oddaje rozmiarów tej tragedii, w żaden sposób nie pozwala sobie wyobrazić, jak rozległy to był teren i co się tam właściwie działo.

Zmienia się też współczesny obraz miasta…

Na przedpolu Reduty Ordona postawiono meczet. Zgodę na budowę wydano z rażącym naruszeniem prawa. Zaniedbano też sprawę nadzoru archeologicznego. Po kilku latach okazało się, że podczas budowy znaleziono szkielety obrońców – zakopane po szturmie w rowach strzeleckich. Kości zebrano i chyłkiem zakopano na pobliskiej parceli. Znalezione przy zwłokach elementy umundurowania – na przykład orły z czako – sprzedawano na Allegro. Nikt nie poniósł kary…

Pod budowę apartamentowca zburzono willę przy ulicy Środkowej – oglądałem ją w 1998 roku, gdy pisałem dla „Pulsu Warszawy”. Pamiętała czasy carskie i była zdumiewająca architektoniczne – wzniesiono ją na planie dwu nachodzących na siebie kwadratów. W życiu nie widziałem podobnego rozwiązania. Niestety, została zburzona. Znikł też „pałacyk” przy Otwockiej – za czasów mojego dzieciństwa był tam dom kultury, a wokoło duży ogródek jordanowski. Budynek zburzono, teren wokoło został dramatycznie okrojony… Wymieniać można bez końca… Podupadł dramatycznie Bazar Różyckiego. Jeszcze kilka lat temu kupiłem tam płat rewelacyjnej skóry do robót introligatorskich. Dziś…

Nie ma szans, aby ocalić takie artefakty? Czy to misja skazana na niepowodzenie?

Czasem tylko coś udaje się ocalić. 20 lat temu kapliczka choleryczna na wałach przy ulicy Starzyńskiego to była kupa potrzaskanych cegieł i kamieni. Gdy postawiłem tam krzyż z dwu belek – zaczęły się pojawiać nieliczne znicze. Krzyż potem zniszczyła jakaś żulia – ale zawiadująca tym terenem PKP po latach zaniedbania wzięła się do roboty. Kapliczka dziś jest ładnie odnowiona i zrekonstruowana.

I w takim świecie egzystuje właśnie Robert Storm, bohater „Innych możliwości”.

On się miota. Z jednej strony mówi: „To jest moje miasto. Na zawsze”. Z drugiej – to w coraz mniejszym stopniu jest jego miasto. Jego myśli są trochę odbiciem moich – stara Warszawa zanika. Nowa? Idąc przez centrum miasta, nie widzę dużych różnic – czy to Warszawa czy Berlin.

Quo vadis, Storm? Rozumiem, że greckie misteria zostaną jeszcze zbadane? Bo „Inne możliwości” pozostawiają jednak mały niedosyt.

Co dalej ze Stormem? To dobre pytanie. Jeszcze czas jakiś będzie aktywny – mam pomyły na co najmniej kilka kolejnych opowiadań. Ale trzeba też wymyślać kolejnych bohaterów, eksplorować nowe kierunki…

Ano właśnie! Jeden z takich nowych kierunków eksploracji znajdziemy w tytułowym opowiadaniu „Przyjaciel człowieka”. Przedstawiłeś w nim świat przyszłości, który na skutek epidemii przypomina średniowiecze.

W przywołanym przez ciebie tekście założyłem, że nasza cywilizacja oparta na komputerach może przeżyć mocne załamanie. W wymyślonym świecie ludzkość została zdziesiątkowana. Potem minęło około 70 lat. Bloki z wielkiej płyty zaczęły się rozsypywać. Miasto zarosły lasy. Poprzednie opowiadanie osadzone w tym świecie pokazuje trochę gospodarki tych ludzi. Uprawiają pola, hodują inwentarz. Wiele użytecznych przedmiotów wytrzymało próbę czasu – opłacają się wyprawy i plądrowanie ruin. Przy odrobinie szczęścia można znaleźć skarby i dobra luksusowe – na przykład szczoteczki do zębów. Można znaleźć kawę – zapakowana próżniowo przetrwała. Ale już herbata jest dobrem bardzo luksusowym… Sprzęt elektroniczny jest wrażliwy. Po latach stania w wilgotnych nieogrzewanych mieszkaniach tylko nieliczne egzemplarze będą się nadawały do użytku. Podobnie będzie z bronią i amunicją pochodzącą z naszej epoki.

Czy planujesz jeszcze wrócić do Halucynacji i Hydropatii, głównych bohaterek „Przyjaciela…”? Potencjał tej wizji przyszłości jest ogromny.

To świat przeorany przed laty wielką epidemią, świat, który próbuje się powoli dźwigać ze zgliszcz – ale którego gospodarka opiera się w znacznej mierze na poszukiwaniu stale kurczących się zasobów z czasów przed katastrofą. Świat ten już i tak wyniszczony i kruchy staje dodatkowo w obliczu najazdu. Cywilizacja powolutku staje na nogi. Buduje się pierwsze sterowce, prowadzone są badania kartograficzne. Małe państewka wyrosłe na gruzowisku zawiązują sojusze. Myślę, że napiszę jeszcze co najmniej kilka tekstów osadzonych w tym świecie.

Skórzewski występuje nie tylko w „Duchach…”, ale również w tekście zamykającym książkę, zatytułowanym „My, bohaterowie…”. Dał się tam poznać jako postać prawdziwie heroiczna, ale niekoniecznie kryształowo czysta.

Opowiadanie zaczyna się w celi na Pawiaku, skąd doktor Skórzewski wydostaje się tylko cudem – co gorsza, można powiedzieć, że wpada z deszczu pod rynnę. Jest Niemcom potrzebny, na chwilę, potem zapewne zostanie zlikwidowany jako niepotrzebny świadek. W tym tekście doktor walczy o życie, nie tylko o swoje: chce też ocalić towarzysza niedoli – piekielnie zdolnego żydowskiego mikrobiologa. Trwa wojna. W tle ta wielka – II wojna światowa, zmagania milionowych armii. A na pierwszym planie mała wojenka – dwu więźniów kombinuje, jakby tu ocalić życie. Z pozoru sytuacja jest beznadziejna. Dwaj lekarze pilnowani są przez dziesięciu uzbrojonych SS-manów. Na szczęście Niemcy też popełniają błędy. Doktor nie ma skrupułów, jeśli chodzi o likwidację hitlerowców. Jeśli trzeba – oszuka. Jeśli trzeba – otruje. Jeśli trzeba – zarąbie nieprzytomnego tasakiem.

To historia ścierających się sił. Nie tylko dobra i zła.

Chciałem pokazać przede wszystkim pojedynek intelektu i brutalnej siły. Niemcy mają przewagę absolutną, ale doktor jest mądrzejszy i sprytniejszy – krok po kroku robi ich w balona. To opowieść o broni biologicznej, wyborach, przysiędze Hipokratesa, ale też o tym, jak wiedza i spryt pomagają wywieść w pole uzbrojonych po zęby tępych osiłków. Ten ostatni tekst, mimo tragicznych okoliczności fabuły, jest też w pewien przewrotny sposób zabawny. Doktor-staruszek miał wykonać zlecone zadanie i marnie zginąć – a tymczasem robi niezłą demolkę… Epidemia koronawirusa z Wuchan przypadkiem splotła się czasowo z publikacją książki… To może sprawić, że teksty zostaną odczytane trochę inaczej. Czasem życie dogania literaturę…

Z „Przyjaciela człowieka” wyłania się nieco ponury obraz świata.

Czy jest to zbiór pesymistyczny? Może trochę. Ale u mnie na końcu zawsze jest happy end – oczywiście tylko dla tych, którzy go dożyją.

A nad jakim kolejnym dziełem pracujesz?

Mam rozgrzebany zbiorek opowiadań. Będzie to opowieść o trzech dziewczynach, które wysadziwszy się w powietrze przy próbie zabawy armatą, straszą w swoim pałacu jako duchy. Idzie mi niestety jak krew z nosa. Ale 1/3 już za mną.

Rozmawiał: Marcin Waincetel
fot. i rys. Fabryka Słów

http://booklips.pl/wywiady/warszawska-postapokalipsa-wojenny-wirus-i-upiory-we-wloszech-wywiad-z-andrzejem-pilipiukiem-o-ksiazce-przyjaciel-czlowieka/?fbclid=IwAR2UmnGBQLguN_Vf4Ffc9y3bSmqGZzXZBkwSbcpJnLNJb2c0vd2pN3MI9hk