Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

Zajímavý rozhovor s Andrzejem #AndrzejPilipiuk #PrzyjacielCzłowieka #wywiad #fahrenheit

„Włoski faszyzm to dla nas terra incognita” – wywiad z Andrzejem Pilipiukiem

Źródło: archiwum Andrzeja Pilipiuka

Andrzej Pilipiuk opowiada o Wenecji lat trzydziestych, zaskakujących wynikach własnych studiów historycznych oraz kulisach powstania podręcznika historii alternatywnej. Zdradza także, co sądzi o „Wiedźminie”, i który z pisarzy młodego pokolenia „namiesza w fantastyce”.

Jagna Rolska: W księgarniach właśnie pojawiła się Twoja kolejna publikacja, „Przyjaciel człowieka”, zbiór opowiadań z cyklu „Światów Pilipiuka”, nazywanych także „bezjakubowymi”. Sympatycy doktora Pawła Skórzewskiego nie będą zawiedzeni, ponieważ pojawia się on na łamach książki i to już na pierwszych stronach. Czy myślałeś kiedyś o napisaniu samodzielnej powieści poświęconej właśnie tej postaci?

Andrzej Pilipiuk: Zastanawiałem się nad tym, wydaje mi się jednak, że to – podobnie jak w przypadku Wędrowycza – raczej bohater dłuższych opowiadań. W najnowszym zbiorze „Przyjaciel człowieka” zawarłem dwa dłuższe teksty o doktorze, łącznie zajmują 3/5 objętości.

J.R.: Porozmawiajmy o Wenecji z lat trzydziestych, a więc drobiazgowo opisanym przez Ciebie miejscu, w którym rozgrywa się akcja opowiadania „Duchy Poveglii”. Czy wiele czasu zajęło studiowanie tematu, zanim przystąpiłeś do pracy nad tym tekstem? Co nastręczyło najwięcej trudności?

A.P.: Wenecją interesuję się od jakiegoś czasu – jest to miejsce zasadniczo odmienne od innych miast portowych. Kłopot z tym tekstem polegał głównie na tym, że miałem dobrze rozgryzioną historię Wenecji w czasach republiki oraz sporo włóczyłem się po Wenecji współczesnej. Akcję musiałem osadzić w Wenecji faszystowskiej. Złapałem się na tym że choć doskonale znamy nazizm, o tyle włoski faszyzm to dla nas terra incognita. Sięgnąłem w pierwszej kolejności do reportażu Stefana Niebudka „W kraju czarnych koszul”. Autor odwiedził faszystowskie Włochy w 1937 roku. Obok wtrętów antysemickich i licznych zachwytów nad faszyzmem oraz rozwojem włoskiej myśli technicznej zawarł sporo ciekawych informacji i obserwacji życia codziennego (postać ciekawa, zginął w Auschwitz…).

Było trochę roboty, by oddzielić ziarno od plew. Starałem się opisać tło możliwe obiektywnie, z jednej strony pokazać pozytywy życia w tym państwie, ale z drugiej wyjaśnić czytelnikowi, dlaczego faszyzm był złem. Jednocześnie to tylko tło. Fabuła opowiada o jednej z najpaskudniejszych ślepych dróg medycyny. Opowiadam historię walki o wolność, o zachowanie własnego „ja” – ale tym razem nie jest to walka jednostki z systemem totalitarnym. Tę pokazałem w drugim tekście o doktorze.

Dla porównania obecnej Wenecji z ówczesną pomocne były filmy znalezione w internecie. Paradoksalnie najwięcej trudności miałem ze sprawdzeniem cen i siły nabywczej pieniądza. Ale i to zdołałem ogarnąć.

Drugie opowiadanie o doktorze jest już bardziej przygodowe niż problemowe. Zaczyna się od tego, że Skórzewski siedzi na Pawiaku, oczekując na egzekucję, ale okazuje się, że Niemcy mają co do niego inne plany. Chcą wykorzystać jego wiedzę i fakt, że jest jedynym znanym im człowiekiem, który przeżył zakażenie potami angielskimi. Hitlerowcy planują z jego pomocą pozyskać straszliwą broń biologiczną. Oczywiście doktor nie ma najmniejszej ochoty, by im służyć nawet za cenę własnego życia.

J.R.: Niejednokrotnie wspominałeś w wywiadach, że pasjonuje Cię historia, co zresztą ma bezpośrednie przełożenie na Twoją twórczość. Czy zdarzyło Ci się kiedyś odkryć coś, co Cię kompletnie zaskoczyło i zaowocowało gwałtownym zwrotem akcji w fabule? Jeśli tak, to co to było?

A.P.: Lata temu, grzebiąc za informacjami o Nansenie, trafiłem na wzmiankę, że w młodości studiował zoologię, i pracując w muzeum w Bergen, napisał pracę naukową, w której zawarł swoje odkrycia z dziedziny neurobiologii. Badając system nerwowy pasożytów fok, wysnuł teorię o przekazywaniu informacji za pomocą ładunków elektrycznych (co kwalifikowało się do nagrody NOBLA!). Dowiedziałem się też, że pracował na preparatach barwionych atramentem.

Dwie dekady wcześniej w tym samym Bergen dr Gerhard Armauer Hansen, stosując preparaty barwione atramentem, odkrył bakterie trądu. Zbieżność metod badawczych i miejsca odkrycia wydały mi się ciekawym tropem. Zacząłem szukać informacji, czy dr Hansen i student zoologii znali się osobiście. Najpierw dotarłem do zdjęcia, gdzie siedzą w tym samym wnętrzu i przy tym samym mikroskopie. Później trafiłem na fotografię, gdzie uwieczniono ich razem. Wreszcie wygrzebałem norweski artykuł, który potwierdził moje teorie oraz rzucił więcej światła na życie intelektualne XIX-wiecznego Bergen. Informacje przydały się w stopniu umiarkowanym.

Gdy pisałem Oko Jelenia, zakładałem że katolicyzm w Norwegii raczej nie został zdmuchnięty przez reformację tak od razu, zakładałem, że w roku 1559 będzie istniała jakaś katolicka konspiracja. Skończyłem właściwie pisać pierwszy tom, gdy wpadła mi w ręce praca dra Andrzeja Żygadły, która potwierdziła moje przypuszczenia.

Czasem w trakcie uzupełniania wiedzy zmieniałem nieznacznie fabułę.

J.R.: Sporą część Twojej twórczości stanowią opowiadania, które – zdaniem wielu – uchodzą za trudniejszą od pełnowymiarowych powieści formę literacką. Jak jest w Twoim przypadku?

A.P.: Są pomysły o różnym ciężarze gatunkowym. Czasem pomysł wystarcza na powieść. U mnie najczęściej pomysły nie mają takiego potencjału. Dlatego piszę opowiadania. Ale piszę ich dużo, więc składam je w zbiory. Jednocześnie od czasu do czasu puszczam do czytelnika oko. W jednym z opowiadań Robert Storm kupuje stary zegarek – Omegę z nietypowo osadzonym mechanizmem do nakręcania. Wewnątrz odkrywa grawerowaną inskrypcję. Okazuje się, że to zegarek, który kilka dekad wcześniej służył doktorowi.

Pomysły są bardzo różne – są takie, które nadają się na krótkie, wesołe opowiadanko z mocna puentą. Są takie, przy których można podłubać kilka tygodni, by uzyskać w efekcie mocny tekst na poważnie.

Staram się stosować swego rodzaju płodozmian, by się nie zmęczyć i nie znużyć, piszę różne teksty, żongluję bohaterami, epokami, nastrojem.

O samym Wędrowyczu jest już ponad 150 u-tfu!-orów, o Stormie i Skórzewskim też sporo. I będzie więcej. Czytelnicy lubią bohaterów, chcą dowiedzieć się, co u nich nowego. Staram się zaspokoić te oczekiwania. Jak do tej pory powstało jedenaście zbiorów opowiadań „na poważnie” ujętych w cykl „światy Pilipiuka”. To już niemały dorobek. Zarazem „trochę” mi jeszcze brakuje np. do Aleksandra Grina który napisał ponad 300.

J.R.: Tego tematu pominąć się nie da: Jakub Wędrowycz. Po dłuższej przerwie i ku uciesze czytelników powróciłeś z tytułem „Karpie bijem”. Wszystko oczywiście sprowadza się do Wojsławic. Czy miejscowość z kart powieści ma dużo wspólnego z prawdziwą? Jak zachęciłbyś czytelników do odwiedzin Wojsławic? To jest pytanie mocno na czasie, ponieważ w tym roku będziemy tam celebrować XV edycję Dni Jakuba Wędrowycza.

A.P.: Wojsławice ukazane w moich opowiadaniach mają elementy wspólne z tymi prawdziwymi. Zarazem trzeba pamiętać, że jest to satyra. Można całkowicie bezpiecznie przyjechać.

Wojsławice to dobry punkt wypadowy dla poznania tej części ziemi Chełmskiej czy Zamojszczyzny. W samej osadzie mamy kilka ciekawych zabytków. XVII-wieczny kościół, XVIII-wieczną cerkiew, w ryku relikty zabudowy podcieniowej typowej dla przedwojennych żydowskich sztetli. W wyremontowanej synagodze jest muzeum gminne, w pobliskim Majdanie Ostrowskim – Dom trzech kultur, w Roziencinie – Dom rzemiosł. Okolica jest bardzo urokliwa. W promieniu 30 kilometrów znajdują się Chełm, Hrubieszów, Zamość i Krasnystaw. Opodal przebiega ścieżka rowerowa Green Velo łącząca Elbląg z Przemyślem.

J.R.: Jakie masz wrażenia po obejrzeniu serialu „Wiedźmin” wyprodukowanego przez Netflix? Ekranizację której z Twoich powieści najchętniej byś obejrzał?

„Włoski faszyzm to dla nas terra incognita” – wywiad z Andrzejem Pilipiukiem


Rozhovor s Andrzejem: Něco málo o nápadech, něco málo o psaní, něco málo o plánech. #AndrzejPilipiuk #PrzyjacielCzłowieka #opowiadaniabezjakubowe #KonwentyPołudniowe

Andrzej Pilipiuk

Rok urodzenia: 1974
Miasto pochodzenia: Warszawa
Rok pierwszej wydanej książki: 1999
Fanpage: Andrzej Pilipiuk

 

 

WywiadArkady Saulski: Jest Pan autorem kilkudziesięciu książek, jednak można odnieść wrażenie, iż najbardziej pasjonuje Pana kilka tematów – szczególne miejsce zajmuje tu historia XIX i XX wieku. Dlaczego?

Andrzej Pilipiuk: Nieodległa historia jest ważna. Po pierwsze, wtedy ukształtował się świat, który nas otacza. Po drugie, stosunkowo łatwo zebrać informacje o tym, jak żyło się ludziom, jakie przedmioty mieli w domach, jakie urządzenia techniczne ułatwiały im pracę i codzienne obowiązki. W tym okresie ukazywała się już prasa codzienna. Wykonywano też fotografie. Mamy listy i pamiętniki zwykłych ludzi, którzy wówczas żyli, czasem możemy porozmawiać z żyjącymi jeszcze świadkami wydarzeń… To kopalnia wiadomości pomocnych, by nadać tekstom polor autentyczności.
Jestem trochę regionalistą i historykiem amatorem. Nawet dzieje moich rodzinnych Wojsławic kryją masę ciekawych postaci, masę zaskakujących wydarzeń. A przecież nie jest to duża miejscowość.

AS: W „Przyjacielu Człowieka” wracają Robert Storm oraz doktor Skórzewski – co skłoniło Pana do powrotu do tych postaci?

AP: Czytelnicy przyzwyczajają się do bohaterów. Lubią co jakiś czas spotykać ponownie znajome postaci. Pisząc opowiadania – te na poważnie, bez Wędrowycza – często używam wymyślonych wcześniej postaci. To także ułatwia pracę. Znajduję pomysł na fabułę, ustalam chronologię wydarzeń, zastanawiam się, czy mam bohatera, za pośrednictwem którego pośrednictwem mógłbym tę historię czytelnikom opowiedzieć.
Doktor Skórzewski to przy okazji świetna postać, by pokazać pewne „zakręty” medycyny i zarzucone obecnie terapie. Żył w takich latach, że mógł być świadkiem pokonania syfilisu, powstania pierwszych leków przeciwgruźlicznych, ale także zachłyśnięcia się lobotomią czy torakoplastyką. W jednym z tekstów piszę na przykład o tak zwanym Kikucie Krukenberga – dziś to kompletnie zarzucony pomysł, ale w latach po zakończeniu I wojny światowej pozwalał wielu okaleczonym żołnierzom odzyskać choć częściową sprawność…

AS: Jedno, co jest zawsze zaskakujące dla Pana czytelników, to niekończąca się inwencja w kwestii pomysłów – mimo kilkunastu lat przy piórze stale potrafi Pan zaprezentować coś nowego… Nie, nie chcę zapytać o to, skąd Pan bierze pomysły, tylko o źródła historyczne – z pewnością pisanie takich tekstów, jak „Przyjaciel…” wymaga ogromnej pracy nad źródłami. Które stanowią najlepszy rezerwuar pomysłów czy inspiracji?

AP: Nasza przeszłość jest kopalnią rozmaitych anegdot. Część z nich można wykorzystać jako źródło inspiracji lub bezpośrednio wpleść w tekst. Notuję wszystkie pomysły. Nawet najgłupsze. Potem siedzę nad nimi i myślę. Czasem z dwu kiepskich pomysłów składa się jeden bardzo dobry. Inspirują mnie miejsca, przedmioty, wydarzenia, o których słyszałem lub czytałem. Zaczynam obracać sobie w głowie różne historie. Czasem coś z tego wychodzi, czasem nie.
Bywa i tak, że czytam coś i nachodzi mnie myśl. Wszyscy piszą o wampirach, a właściwie dlaczego ja nie piszę o wampirach? Albo przypominam sobie coś, co czytałem przed laty, i łapię się na myśli, że nigdy nie pisałem o szalonych naukowcach – może zatem najwyższy czas? Staram się nie podążać za modami – ale siłą rzeczy czasem fala nakrywa nas z głową i trzeba umieć to wykorzystać. Na przykład pisząc zjadliwą parodię jakiegoś trendu.

AS: Pomówmy jeszcze chwilę o historii – czy nie miał Pan kiedykolwiek poczucia, iż zamykanie się w historycznych ramach ogranicza Pana inwencję? Czy podczas pisania nie zdarzyło się westchnięcie: „Ach, gdybym tylko nie musiał trzymać się realiów dziejowych!”. A może właśnie wtedy rozwija Pan najbardziej skrzydła?

AP: Realia dziejowe nie są dla nie żadnym odczuwalnym ograniczeniem. Wręcz przeciwnie. Uważam fantasy, obracające się z reguły w całkowicie zmyślonych rzeczywistościach, za gatunek przeważnie dość jałowy intelektualnie. Owszem – wymyślenie świata od A do Z jest ciekawe, ja jednak wolę najpierw długo grzebać, a potem skleić swoją opowieść z możliwie licznych autentycznych okruchów. Lubię, gdy czytelnik przy okazji lektury dowie się czegoś prawdziwego.
Czytelnicy bardzo dobrze odebrali moje opowiadania „Wielbłądzie masło” i „Wilcze leże” rozgrywające się podczas okupacji hitlerowskiej. Pokazałem jako bohaterów zwykłych ludzi, którzy ograbieni przez Niemców, zagrożeni w każdej chwili utratą życia, próbują nadal pomagać sobie wzajemnie, usiłują przetrwać i przy tym jeszcze zachować godność… Te teksty nasiałem drobnymi elementami tamtej rzeczywistości. Są tam autentyczne plotki z epoki – poznane dzięki dziennikowi okupacyjnemu malarza z Chełma Z. Waśniewskiego. Jest
okupacyjna metoda słodzenia kawy – ze wspomnień mojej znajomej staruszki p. Joszt. Miasteczko, w którym rozgrywa się akcja, jest ciut podobne do moich rodzinnych Wojsławic.

AS: W jakim gatunku czuje się Pan najlepiej? Mamy wszak wiejską fantasy, horror, historie alternatywne… I czy kusiło Pana kiedykolwiek, by wyjść poza te ramy i napisać coś w gatunku, w którym nie czuje się Pan komfortowo? A jeśli tak – to jaki byłby to gatunek?

AP: Fantasy to raczej nie moja bajka. Myślę natomiast od lat o napisaniu swojej space opery. Może coś o kosmicznych archeologach. Albo o spotkaniach z obcą cywilizacją. Myślę nad powieścią lub cyklem opowiadań, w którym Europę po wybuchu superwulkanu na Polach Flegrejskich nęka wieloletnia wulkaniczna zima… Taki zimowy postapokaliptyk.

Wydane dotychczas pozycje (w chwili publikacji wywiadu):

Cykl o Jakubie Wędrowyczu

  • Kroniki Jakuba Wędrowycza
  • Czarownik Iwanow
  • Weźmisz czarno kure…
  • Zagadka Kuby Rozpruwacza
  • Wieszać każdy może
  • Homo bimbrownikus
  • Trucizna
  • Konan Destylator
  • Karpie bijem

Cykl Kuzynki

  • Tom 1: Kuzynki
  • Tom 2: Księżniczka
  • Tom 3: Dziedziczki
  • Tom 4: Zaginiona

Cykl Pan Samochodzik

Andrzej Pilipiuk wydał też w latach 1999-2005, pod pseudonimem Tomasz Olszakowski, 19 tomów kontynuacji przygód Pana Samochodzika:

  • Pan Samochodzik i… Arka Noego
  • Pan Samochodzik i… rubinowa tiara
  • Pan Samochodzik i… tajemnice warszawskich fortów
  • Pan Samochodzik i… zaginiony pociąg
  • Pan Samochodzik i… sekret alchemika Sędziwoja
  • Pan Samochodzik i… zaginione poselstwo
  • Pan Samochodzik i… łup barona Ungerna
  • Pan Samochodzik i… zagubione miasto
  • Pan Samochodzik i… wynalazek inżyniera Rychnowskiego
  • Pan Samochodzik i… potomek szwedzkiego admirała
  • Pan Samochodzik i… ikona z Warszawy
  • Pan Samochodzik i… Czarny Książę
  • Pan Samochodzik i… więzień Jasnej Góry
  • Pan Samochodzik i… brązowy notes
  • Pan Samochodzik i… Adam z Wągrowca
  • Pan Samochodzik i… diable wiano
  • Pan Samochodzik i… mumia egipska
  • Pan Samochodzik i… Relikwiarz świętego Olafa
  • Pan Samochodzik i… Zamek w Chęcinach

Cykl Norweski dziennik

  • Tom 1: Ucieczka
  • Tom 2: Obce ścieżki
  • Tom 3: Północne wiatry

Cykl Oko Jelenia

  • Droga do Nidaros
  • Srebrna Łania z Visby
  • Drewniana Twierdza
  • Pan Wilków
  • Triumf Lisa Reinicke
  • Sfera Armilarna
  • Sowie zwierciadło

Cykl Wampir z…

  • Wampir z M-3
  • Wampir z MO
  • Wampir z KC

Źródło: Wikipedia

https://konwenty-poludniowe.pl/wywiady/pisarze/3164-wywiad-z-pisarzem-andrzej-pilipiuk?fbclid=IwAR3TFuHYE1ejCOX73FBN6RcYTaVPU2GGC4JIPOGoB9uXSrs2f5V5HgdtKFo


Ukázka z novinky “Przyjaciela człowieka”#AndrzejPilipiuk #PrzyjacielCzłowieka #opowiadaniabezjakubowe

Od 30 stycznia w “Lekturach Jedynki” Piotr Bajtlik czyta fragmenty książki Andrzeja Pilipiuka “Przyjaciel człowieka”. Zapraszamy do Programu 1 Polskiego Radia od poniedziałku do piątku o godz. 21.45 oraz w weekendy o godz. 20.45.
Konkretnie czyta fragmenty dwóch opowiadań z tego tomu: “Duchy Poveglii” i tytułowe “Przyjaciel człowieka”

Oto nadciąga czterech jeźdźców, a każdy ma swoją historię.

Wojna zacznie swoją opowieść od niemożliwego – oto doktor Skórzewski, uniewinniony decyzją samego Hitlera, dołącza do nazistowskiej ekspedycji naukowej.

Zaraza szepnie Ci do ucha, jak pozostawiła po sobie tylko zgliszcza starego świata, na których wbrew wszystkiemu wyrasta coś nowego. Bo trudniej jest złamać ludzkiego ducha, niż unicestwić ciało.

Głód pokaże Ci swoje nieoczywiste oblicze. Bo głód wiedzy, tak samo jak głód jedzenia, potrafi zmusić człowieka do szalonych kroków.

Śmierć przypomni Ci, że żywi nie powinni zbliżać się do świata zmarłych, bo za przekroczenie cienkiej granicy przyjdzie im słono zapłacić.

Cztery opowiadania – cztery portrety ludzkiej natury.

mat. prasowe 

https://www.polskieradio.pl/7/1530/Artykul/2447168,Andrzej-Pilipiuk-Przyjaciel-czlowieka?fbclid=IwAR231sSMMZh6KLJ42tr1YEBS1q4EP7BoB5TzdqMeOzXrKPH3hQJGJOTYHSk


[RECENZJA] „Przyjaciel człowieka” Andrzej Pilipiuk

Recenzje fantastyczne Agnieszka Chodkowska-Gyurics – 13 stycznia 2020

Tytuł: “Przyjaciel człowieka”
Autor: Andrzej Pilipiuk,
Grafika: Paweł Zaręba, Szymon Wójciak,
Wydawnictwo: Fabryka Słów,
Redakcja: Rafał Dębski,
Typ publikacji: papier, mobi, epub,
Premiera: 15 stycznia 2020
Wydanie: 1
ISBN (papier): 978-83-7964-523-7
ISBN (epub): 978-83-7964-522-0
Więcej informacji: Andrzej Pilipiuk „Przyjaciel człowieka”

[Recenzja przedpremierowa]

Ciekawostkarium bezjakubowe

Na początek nowej dekady Fabryka Słów przygotowała niespodziankę dla fanów twórczości Andrzeja Pilipiuka – kolejny tom opowiadań bezjakubowych. To, o ile się nie pomyliłam w rachunkach, już jedenasty!

Konstrukcyjnie „Przyjaciel człowieka” do złudzenia przypomina poprzednią książkę autora („Zły las”). Mamy tu cztery teksty: trzy dość długie, kwalifikujące się w moim odczuciu do miana mikropowieści, i jeden – tytułowy „Przyjaciel człowieka” – na tyle zwarty, że jako jedyny może być bez najmniejszych wątpliwości nazwany opowiadaniem.

Czytając kolejne teksty, trudno się dopatrzeć jakiegoś klucza, wedle którego zostały dobrane. No, chyba że jako klucz potraktujemy bezjakubowość. Proponowane przez redakcję tłumaczenie, jakoby każdy z tekstów odpowiadał jednemu z jeźdźców apokalipsy, uważam za mocno naciągane i wymyślone post factum. Co znalazło się w zbiorze? Dwa opowiadania o przygodach doktora Pawała Skórzewskiego, jedna opowieść o Robercie Stormie i jedna historia postapo. Wszystkie teksty utrzymane są w dość minorowym klimacie. Wraz z wiekiem, albo powiedzmy delikatniej, wraz z nabieraniem doświadczenia, Pilipiuk coraz wyraźniej porzuca manierę „opowiadacza kawałów” na rzecz poważniejszej narracji. Ta spójność nastroju sprawia, że brak wyraźnego motywu przewodniego nie przeszkadza. Odbiorca mimo wszystko ma wrażenie jednolitości dzieła.

Całość czyta się bardzo przyjemnie. Język Pilipiuka nie jest specjalnie wyszukany (nikt się chyba tego po autorze nie spodziewa), ale poprawny i gładki. Mówiąc kolokwialnie „lekko wchodzi”. Przekazywane treści są dość proste, mamy wszak do czynienia z literaturą rozrywkową, nic więc nie spowalnia lektury. „Przyjaciela człowieka” można bez trudu przeczytać w dwa, trzy wieczory (zależy od tego jak dużą część wieczoru poświęcimy na lekturę).

Trochę gorzej rzecz się ma ze spójnością wewnętrzną i konstrukcją poszczególnych utworów. Właściwie w tym miejscu mogłabym skopiować to, co napisałam o „Złym lesie”.

Pilipiuk niewątpliwie solidnie przygotował się do pracy. Zebrał mnóstwo ciekawostek, anegdot i dykteryjek. Znacznie więcej, niż byłaby to w stanie bezboleśnie wchłonąć pełnowymiarowa powieść, a co dopiero opowiadanie. Czego tam nie ma! Jest i historia medycyny, i architektura, i zawiłości lingwistyki, i historia antyczna, i sporo innych dziedzin. Wszystko to jest niezwykle ciekawe (szczególnie dla młodszego, mniej oczytanego odbiorcy), ale niestety autor albo nie potrafi dokonać selekcji, albo zwyczajnie nabija wierszówkę i pcha owe ozdobniki wszędzie bez opamiętania. W rezultacie tekst traci tempo, a fabuła ginie w meandrach dygresji. Opowieść zamienia się w kram z ciekawostkami – takie bezjakubowe ciekawostkarium.

Pod względem konstrukcyjnym najbardziej rozczarował mnie tekst „Inne możliwości”, opowiadający o przygodach Roberta Storma. Przykre to, tym bardziej że ze wszystkich bohaterów wykreowanych przez Wielkiego Grafomana Roberta Storma lubię najbardziej. Początkowo akcja rozwijała się ciekawie, intryga była naprawdę wciągająca, pojawił się też obiecujący element fantastyczny i wtedy oczom mym ukazał się koniec. Opowiadanie sprawia wrażenie niedokończonego, wręcz urwanego w połowie. Dla jasności dodam, że nie chodzi tu o zakończenie otwarte czy niejednoznaczne. Chodzi o kompletny brak zakończenia. Jakby ktoś wziął sekator i obciął tekst w losowo wybranym miejscu.Ten sam zarzut postawiłam swego czasu opowiadaniom ze „Złego lasu”. Wygląda więc na to, że nie chodzi tu o niechlujstwo, lecz celowy zamysł artystyczny. Może i tak jest, ale do mnie to rozwiązanie zupełnie nie przemawia.

Na plus, w porównaniu ze wspominanym już wielokrotnie „Złym lasem”, przemawia usunięcie elementu nachalnej propagandy. Owszem, i tym razem Pilipiuk wyraźnie pokazuje swoje sympatie i antypatie, ale robi to w sposób znacznie bardziej subtelny. Tym razem nie miałam wrażania, że autor wali mnie po głowie młotem ideologii.

Podsumowując, mimo pewnych mankamentów, o których wspomniałam, „Przyjaciel człowieka” to rzecz niezła w swojej klasie, znacznie lepsza od „Złego lasu”. Osoby poszukujące bezpretensjonalnej rozrywki i chwili wytchnienia przy lekkiej lekturze powinny być zadowolone. A co z tymi, którzy szukają głębokich treści ukrytego przesłania? Cóż, oni i tak raczej nie sięgają po dzieła Andrzeja Pilipiuka.

Agnieszka Chodkowska-Gyurics

[RECENZJA] „Przyjaciel człowieka” Andrzej Pilipiuk