Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

Zajímavý rozhovor s Andrzej Pilipiukem! #andrzejpilipiuk #mistrzopowiadań

Chęć zajrzenia w przeszłość, chęć zajrzenia za horyzont – wywiad z Andrzejem Pilipiukiem o zbiorze opowiadań „Zły las”

Andrzej Pilipiuk po raz kolejny na tropie nieznanego! Na kartach „Złego lasu”, najnowszego zbioru opowiadań, przedstawia historię tajemniczej wyprawy na Grenlandię i nakłania do pytań o nieśmiertelność sztuki, w obu przypadkach odnosząc się do zaskakujących teorii Stanisława Szukalskiego. Bestsellerowy autor opowiada nam o tym zapomnianym nieco artyście i teoretyku, a także o swoim bohaterze Robercie Stormie i cennych informacjach z przeszłości, jakie możemy pozyskać jedynie od zwykłych ludzi z najstarszego pokolenia.

Marcin Waincetel: W swoich powieściach zachęcasz między słowami do tego, aby poznawać świat, odkrywać jego tajemnice. Skąd ta pasja? Czy pamiętasz, jaka lektura dała ci impuls do poszerzania własnych horyzontów poznawczych?

Andrzej Pilipiuk: Gdy byłem mały, przeglądałem często folderki, które mój ojciec przywiózł w 1978 roku z podróży po Szwecji – ukazywały kraj odmienny od naszego, ciekawy, na swój sposób egzotyczny. W podstawówce, będąc w 3-4 klasie, podobnie jak wielu moich kolegów, zaczytywałem się powieściami Nienackiego i Szklarskiego, czytałem też powieści historyczno-przygodowe, które pisał Jerzy Edigey. Chęć zajrzenia w przeszłość, chęć zajrzenia za horyzont… obie te pasje zbudowały we mnie lektury. Gdy bardziej interesowałem się archeologią i historią, też miałem co czytać – w domu było sporo książek z serii „ceramowskiej”. I tak powoli wsiąkałem w te tematy. W podstawówce bardzo lubiłem historię, w liceum skutecznie mi ją obrzydzano, studiując archeologię zmieniłem trochę optykę – bardziej zainteresowałem się życiem prostych ludzi w dawnych czasach. Poziomem kultury materialnej, ale też systemem społecznym, w którym funkcjonowali. Zapomnianymi zawodami i narzędziami.

W „Tajemnicy zielonej teczki”, jednym z opowiadań ze zbioru „Zły las”, zapraszasz do wzięcia udziału w wyprawie na Grenlandię, aby odnaleźć ślady neandertalczyków. Jak rodzą się tak wywrotowe pomysły na historie przygodowe?

Postanowiłem pociągnąć wątek zasygnalizowany wcześniej w opowiadaniach o Robercie Stormie – tak by nieco dokładniej wykreować Instytut Kryptozoologii. Przy okazji ukazałem wcześniejsze dzieje „Profesora”, który epizodycznie wystąpił w opowiadaniu „Wielbłądzie masło”. Czasem wracam do miejsc i postaci, które już wystąpiły, pokazuję kolejne wycinki ich dziejów – to takie puszczenie oka do uważnego czytelnika. Idea, że formy przedludzkie przetrwały i egzystują wśród nas, nie jest nowa. Ja wyszedłem od teorii Stanisława Szukalskiego. Artysta i badacz amator podejrzewał, że ludzkość jest rozpracowywana, kolonizowana i wyniszczana przez wroga wewnętrznego – zakamuflowanych między nami małpoludów – „potomków yeti” tzw. jetinsynów. Był przekonany, że to oni odpowiadają za powstanie najbardziej toksycznych ideologii. Nie byłem zresztą pierwszym autorem, który podjął podobne wątki – w opowiadaniu śp. Tomasza Pacyńskiego pt. „Der Totenkopf” hitlerowcy tropili żyjących wśród nas neandertalczyków… Poszedłem jednak trochę inną drogą.

Jeszcze inny, bardzo ciekawy kierunek obrałeś w „Rozczochranej kochance”, opowiadaniu z przewodnim motywem sztuki, która może być – całkiem dosłownie – nieśmiertelna. Albo przynajmniej długowieczna.

Przywykłem się uważać raczej za rzemieślnika. Moi przodkowie przez 200 lat szyli ludziom buty, ja piszę ludziom książki do poczytania… „Rozczochrana kochanka” to opowieść o dziele sztuki, które jest nieco inne niż te, do których przywykliśmy. Podstawową cechą obrazów jest ich nieruchomość i niezmienność. Ja zadałem sobie pytanie: a co byłoby, gdyby do sprawy podejść inaczej? Zupełnie inaczej. Wyjść poza ten schemat. Przy okazji znów nawiązałem do postaci Stanisława Szukalskiego i jego grupy artystycznej – Szczep Rogate Serce. Ładnie zbiegło się to w czasie z emisją amerykańskiego filmu dokumentalnego o tym artyście. Myślę, że to nazwisko, które wypadało przypomnieć.

A jakie jest artystyczne credo Andrzeja Pilipiuka?

Moje artystyczne credo? Dobre pytanie… Nie definiuję go jakoś specjalnie. Staram się opowiadać ciekawe historie osadzone w ciekawych miejscach i czasach, zajmujące opowieści z niebanalnym tłem. Przy okazji przemycam trochę ciekawostek historycznych, pokazuję pewne postawy i wartości, które są mi bliskie.

W „Złym lesie” przywołujesz też II wojnę światową w sposób przesiąknięty nadnaturalną grozą. O bolesnej przeszłości piszesz z wielką wrażliwością. Ożywiasz wspomnienia.

Jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma szansę posłuchać relacji naocznych świadków tych wydarzeń. Obok nas żyją ostatni ludzie pamiętający czasy przedwojenne, ostatni ludzie pamiętający żydowskie sklepiki i to wszystko, co tworzyło koloryt II RP. A także ostatni ludzie, którzy są w stanie opowiedzieć nam, jak na co dzień wyglądało życie pod okupacją. Gdy poumierają, zostaną nam gazety i spisane relacje – ale nie bardzo już będzie kogo zapytać o szczegóły. Oczywiście będziemy mieli relacje, wspomnienia, raporty, gazety z epoki, ale stracimy wspomnienia dotyczące tych mniej ważnych ludzi, mniej ważnych miasteczek, wsi, przysiółków. W ramach moich prac regionalistycznych wydałem np. wspomnienia staruszki pochodzącej z Wojsławic, która trafiła do naszego miasteczka w przededniu wojny jako 10-latka. Podpatrzyła i spisała mnóstwo szczegółów i szczególików. Drobiazgów – detali, na które nie zwrócił uwagi nikt z pozostałych naszych dziejopisów. Detal z jej opowieści, który wykorzystałem w opowiadaniu: jak ludzie pili kawę w czasie wojny (zakładając, że akurat mieli kawę!). Zaparzali kubek, wsypywali odrobinę cukru, ale nie mieszali. Taka ilość nie zmieniłaby wiele. Jednak na dnie kawa była osłodzona. Ostatnich kilka łyków smakowało jak przed wojną i ten smak zostawał w ustach. Tego typu szczególik umieszczony w tekście literackim nadaje mu niezwykły polor autentyczności. We wspomnieniach naszego lokalnego historyka p. Stopy są zreprodukowane niemieckie ulotki, które skrzętnie gromadził – jest wśród nich rozporządzenie o obowiązku dostarczania wyznaczonych ilości złomu, makulatury, odpadów gumowych i stłuczki szklanej. Niemiecki przemysł do tego stopnia cierpiał na brak surowców, że na podbitym terenie rabowano nawet potłuczone butelki! W książkach historycznych o tym nie przeczytamy. W opowiadaniu „Wielbłądzie masło” mogłem zacytować plotki, które powtarzali ludzie w kolejkach – notował je dzień po dniu w okupacyjnym dzienniku chełmski literat i malarz Zenon Waśniewski. Na tle zrekonstruowanych realiów epoki osadziłem swoje historie. Zdradzę tyle, że wobec zezwierzęcenia okupanta nawet byty nadnaturalne, na co dzień śmiertelnie niebezpieczne, zaczynają odczuwać wspólnotę z gnębionymi Polakami.

Fragment należącej do Andrzeja Pilipiuka kolekcji narzędzi szewskich.

Czytając kolejne opowiadanie o Stormie, przyszło mi na myśl, że ten pasjonat przeszłości mógłby być jakimś dalekim krewniakiem Stanislawa Wokulskiego. Też romantyk, ideowiec, który krytycznie patrzy na świat, na dodatek jeszcze teraz ta kamienica, którą może stracić…

To raczej dość odległe powinowactwo… Storm to specyficzny przypadek człowieka, który kompletnie się pogubił. Jest bardziej rozbitkiem minionych epok niż człowiekiem XXI wieku. Niesie go wir zdarzeń. Żyje od zlecenia do zlecenia. Poszukiwania, zagadki przeszłości – to jest główny motor jego działań. Sam z siebie nie planuje, nie buduje – trwa i reaguje na kolejne wyzwania. Owszem, jest konserwatystą i idealistą. A do tego geniuszem i wariatem. Wokulski był innym człowiekiem – dorobił się fortuny na froncie wojen bałkańskich, inwestował, budował. Jednocześnie miał sprecyzowane plany matrymonialne – upatrzył sobie odpowiednią kandydatkę i kombinował, jak rzecz przeprowadzić. Wokulski to typowy do bólu pozytywista. Storm jest raczej neoromantykiem. Nie radzi sobie z rzeczywistością. Zarobione grosze topi w tworzeniu kuriozalnej kolekcji rzeczy i książek, które mu się spodobały albo które uznał za warte ocalenia. Brakuje mu pieniędzy, nie jest w stanie odłożyć na nieco lepszy samochód. Co jakiś czas majaczy mu bardzo lukratywne zlecenie, które potencjalnie ustawiłoby go na długie lata – ale jakoś szanse palą na panewce. Jego kontakty z płcią przeciwną są raczej kuriozalne.

Czy doczekamy się historii Storma w formie powieściowej?

Storm sprawdza się dobrze w niezbyt długich tekstach – „Zemsta Śmieciarzy” ze zbioru „Zły las” to już w zasadzie mikropowieść. Nie planuję dłuższych tekstów z tą postacią. Myślę natomiast nad nowymi bohaterami.

A nad czym obecnie pracuje Andrzej Pilipiuk? I czy wiadomo coś w sprawie sfilmowania przygód Wędrowycza?

Skończyłem pisać IX tom przygód Jakuba – „Sztuka kopania”. To 17 opowiadanek, w większości krótkich z puentą jak celny kopniak w nerkę. Niestety o ekranizacji chyba nadal nikt nie myśli… W planach trzy kolejne pozycje. Pewne pomysły długo dojrzewały – pora nadać im kształt…

Rozmawiał: Marcin Waincetel
fot. autora: © Fabryka Słów, fot. narzędzi: Andrzej Pilipiuk

Zdroj: booklips.pl


Categorised as: Rozhovory


Comments are closed.