Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

Recenzja: Życie zapisane w podróży

Andrzej Pilipiuk „Raport z Północy”, wyd. Fabryka Słów
Ocena: 8,5 / 10

Urzeczywistnić marzenia, zostać panem własnego losu, osiągnąć pełnię wolności… nawet o tak podniosłych kwestiach Andrzej Pilipiuk potrafi pisać ze swadą i humorem. Jednak nie tylko forma – ujmująca, gawędziarska – ale i bogactwo treści stanowi o wartości „Raportu z Północy”, najnowszej książki twórcy Jakuba Wędrowycza. Zapis wrażeń z wypraw po Skandynawii mówi nam wiele o autorze, jego wrażliwości i przekonaniach, ale także o nas samych – polskim społeczeństwie przełomu wieków.

Andrzej Pilipiuk nie ustawia się w pozycji wyroczni, nieomylnego autorytetu czy moralisty, gdy stara się opisywać PRL-owską rzeczywistość, w której przyszło mu dorastać. Perspektywa autora jest bardzo osobista, „Raport z Północy” to w zasadzie pamiętnik, jednak w swoich refleksjach popularny pisarz odnosi się także do społeczno-kulturowych przeobrażeń, jakie miały miejsce w naszym kraju w czasie ostatnich dekad. Stąd też, gdy definiuje wolność, to odwołuje się do kwestii cenzury, twórczej swobody i możliwości stanowienia o sobie samym. Bo marzeniem Pilipiuka niemal od zawsze było pisanie – tworzenie literackich światów. Skandynawia była w tym kontekście nie bez znaczenia. To właśnie w wyniku inspiracji tym egzotycznym, jakby nie patrzeć, regionem narodził się pomysł na „Norweski dziennik” czy „Oko Jelenia”.

Pilipiuk z rozrzewnieniem wspomina czasy młodości, gdy poznawał dokonania Astrid Lindgren, Hugh Loftinga czy Tove Jansson. Wspomniani twórcy, a wydaje się, że zwłaszcza autorka „Dzieci z Bullerbyn”, byli z początku patronami większości wypraw pisarza na Półwysep Skandynawski. Dla czytelnika to dowód na to, w jak wielkim stopniu literatura może oddziaływać, inspirować i wpływać na życiowe wybory człowieka.

Autor bestsellerowych historii o Jakubie Wędrowyczu w bardzo sugestywny sposób nakreśla geograficzne piękno stosunkowo mało znanych turystycznie miejsc. Choćby wtedy, gdy opisuje Karlskronę, miasto w południowej Szwecji położone nad Morzem Bałtyckim, otoczone przez lasy dębowe, w których występują trzystuletnie okazy drzew. Albo gdy przywołuje wyprawę do norweskiego Narvika, dzieli się wrażeniami ze zwiedzania katedry Nidaros czy przybliża zachwycający Geirangerfjorden, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO fiord w południowo-zachodniej Norwegii, otoczony zboczami, po których spływa m.in. wodospad Siedmiu Sióstr.

Andrzej Pilipiuk z wyjątkową pasją dzieli się nieprawdopodobnym bogactwem – wiedzą historyczną, geograficzną, polityczną, kulturową. Podróże kształcą, rzecz wiadoma, jednak w „Raporcie z Północy” prawdziwość tych słów odbija się wyjątkowo donośnym echem. Na kartach książki ożywają legendarne postacie pokroju wspomnianej już Astrid Lindgren, ale też Selmy Lagerlöf czy Knuta Hamsuna. Poznajemy również nietuzinkowych ludzi rodzimej kultury, choćby Jadwigę Warnkównę, wybitną nauczycielkę, pedagoga, autorkę książek i niestrudzoną patriotkę.

Filozoficzna i refleksyjna jest to lektura. Pilipiuk odsłania nie tylko piękno i różnorodność Skandynawii, ale też szczerze i otwarcie pisze o problemach na tle społeczno-cywilizacyjnym. Nie brak tu kąśliwych komentarzy na temat polityki – obecnej i minionej – w Polsce czy Szwecji, w Europie i na świecie. Przede wszystkim jednak „Raport z Północy” jawi się jako dzieło powstałe w wyniku tęsknoty, niespełnionego marzenia chłopca z socrealistycznej rzeczywistości i stanowi dowód, że marzenia można, ba, po prostu trzeba urzeczywistniać.

Marcin Waincetel

Przeczytaj również:

Konan Destylator po česky? U nás žádný problém!

Sdružení Jakuba Vandrovce již pilně pracuje na vydání knihy Konan Destylator (Polsko, 2016) v ČJ. Orientační cena by byla 399,- Kč za tištěnou knihu a za ebook 299,- Kč. (Cena se můžem ještě změnit, zatím je to prvotní nástřel.) Těšíte se? Pro další informace sledujte i naši FB stránku!


W ilustracjach do opowiadań o Jakubie Wędrowyczu przemyca łosickie klimaty [WYWIAD]

Postać Jakuba Wędrowycza z książek Andrzeja Pilipiuka, to nie jedyne “dziecko” Andrzeja Łaskiego. Sympatycy książek z nurtu polskiej fantastyki oraz komiksów doskonale znają jego nazwisko. Wybitny “Operator Ołówka”, uznany grafik, ilustrator i twórca komiksów pochodzi z Łosic i jest osobą szalenie kreatywną, dowcipną i w dodatku całkiem skromną. Z Andrzejem Łaskim rozmawia Joanna Gąska.

Jest rok 1962, Łosice, tutaj na świat przychodzi nasz bohater Andrzej Łaski, który dzieciństwo i wczesną młodość spędza na łosickiej ziemi. Co z tego okresu pielęgnujesz troskliwie w pamięci ?

– Jestem czerwcowy i wydaje mi się, że ten fakt bardziej determinuje moje życie niż miejsce urodzenia. Wszystkie moje najwcześniejsze wspomnienia kojarzą mi się z ciepłym czerwcem czyli z truskawkami, czereśniami i wiśniami “szklankami” i rabarbarem. Naturalnie podkradanymi z sąsiedzkich poletek i sadów, choć nie brakowało tych owoców i warzyw w naszym przydomowym ogródku. Podkradanie lub chodzenie na tzw “dzierżawę”, było nieodzownym elementem życia towarzyskiego i nie honor było przynosić “swoje” owoce. Zabrzmi to jak bajka o “żelaznym wilku”, ale nigdy więcej w życiu nie odżywiałem się tak zdrowo jak na “wydzierżawionym” w dzieciństwie.

Pierwszy komiks w życiu dostałem od Bogdana Kasprowicza – kolegi z podwórka. Znalazł go podczas jednej z wielu wypraw na czynną wówczas “Tatarską górę”. Ta legendarna góra była parowem wypełnionym tlącymi się odpadkami komunalnymi. Gdzieś wygrzebał spod sterty śmieci komiks z serii Ilustratore Cllasicer o Wilhelmie Tellu,  oczywiście w języku szwedzkim. W latach sześćdziesiątych szwedzkie ministerstwo edukacji miało pomysł zachęcenia młodych ludzi do obcowania z klasyką światowej literatury poprzez komiksy.

Kogo z okresu “łosickiego” uznasz za przewodnika lub może przewodników po świecie sztuki, kto miał wpływ na kształtowanie miłości do rysunku, malarstwa czy rzeźby?

– Mam wrażenie, że pytanie jest ukierunkowane na Eugeniusza Ignaciuka, który urodził się i wychował za miedzą. Naturalnie pamiętam go bardzo dobrze, ale nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego zdania. Po pierwsze dlatego, że był dorosły, po drugie, zawsze był otoczony rodziną a po trzecie, co może obchodzić dzieciaka ktoś kogo nie widać w telewizji, a jedynie efekty jego pracy?

To jakiś mit, że od najwcześniejszych lat ktoś czuwa nad rozwojem, ktoś dba o rozumienie własnych potrzeb czy talentów jest drogowskazem i mentorem dla dzieciaka. Wszystkie dzieci próbują wszystkiego dotknąć i polizać. I tak ma być. Każdy chłopak chce być kierowcą jak zobaczy ścigające się samochody. Strażakiem – jak widzi akcję gaszenia pożaru. Dziewczynka – modelką, bo widzi pokazy mody i sklepy pełne finezyjnych ubrań. Piosenkarką, bo tłum z błyskiem w oku wsłuchuje się w jej wokal na scenie. I tak każdy próbuje być wszystkim i nagle, prawie nieoczekiwanie, pewnego dnia ktoś zaczyna się interesować motoryzacją, ktoś inny matematyką lub biologią a ja, zatrzymałem się w rozwoju na poziomie kredek i ołówka. Mentorzy pojawiają się później. Jak już mają co modelować.

Zdecydowałeś na studia na warszawskiej ASP, czyli kontynuacja obranej wcześniej drogi. Nie miałeś nigdy wątpliwości?

– Żadnych. Wydawało mi się to tak naturalne jak poranna kawa. Okres liceum był eksplozją wszelkich ukrytych talentów. Wszystko czego się nauczyłem pochodzi z kradzieży od nietuzinkowych kolegów. Proszę sobie wyobrazić skupisko geniuszy na powierzchni tysiąca metrów kwadratowych, którym pozwolono na wszystko co tylko zechcą robić i utwierdzanych przez nauczycieli w przekonaniu, że są wyjątkowi. Po maturze, w całej swojej młodzieńczej bezczelności, nawet nie podejrzewałem, że ktoś może być zdolniejszy i mądrzejszy ode mnie. Przez pięć lat liceum byłem taki rozkręcony, że nie pamiętam dobrze egzaminów do ASP. Wszystko się działo w biegu i musiało się kończyć sukcesem. Otrzeźwienie przyszło później, ale to już temat na inną rozmowę.

Co “Operator Ołówka” myśli o współczesnych Łosicach? Które zmiany poszły w dobrym kierunku, a które zeszły na złe tory?

– W Łosicach żyje lwia część mojej rodziny. Bywam zazwyczaj na uroczystościach rodzinnych lub przy okazji. Choćby z tego powodu nie jestem uprawniony do krytykowania, bo nie mieszkam w tym mieście od 35 lat i nieszlachetnie byłoby oceniać decyzje ludzi, którzy od zawsze zmagają się z łosicką rzeczywistością. Przyjmuję zatem do wiadomości fakt, że moich Łosic już nie ma i że wszelkie dobre i złe zmiany były i są nieuniknione. Żal mi trochę kamienic na rynku, bo to miejsce jest mentalną własnością wszystkich Łosiczan.

W swojej twórczości przemycasz czasem łosickie klimaty?

– W opowiadaniach o Jakubie Wędrowyczu, które ilustruję od dziesięciu lat, są tylko Łosickie klimaty, bo klimaty Wojsławic są nijakie.

Cały wywiad przeczytacie w najnowszym numerze i e-wydaniu Słowa Podlasia, 27 grudnia

Joanna Gąska

www.slowopodlasia.pl/wiadomosci/3429,w-ilustracjach-do-opowiadan-o-jakubie-wedrowyczu-p