Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

W ilustracjach do opowiadań o Jakubie Wędrowyczu przemyca łosickie klimaty [WYWIAD]

Postać Jakuba Wędrowycza z książek Andrzeja Pilipiuka, to nie jedyne “dziecko” Andrzeja Łaskiego. Sympatycy książek z nurtu polskiej fantastyki oraz komiksów doskonale znają jego nazwisko. Wybitny “Operator Ołówka”, uznany grafik, ilustrator i twórca komiksów pochodzi z Łosic i jest osobą szalenie kreatywną, dowcipną i w dodatku całkiem skromną. Z Andrzejem Łaskim rozmawia Joanna Gąska.

Jest rok 1962, Łosice, tutaj na świat przychodzi nasz bohater Andrzej Łaski, który dzieciństwo i wczesną młodość spędza na łosickiej ziemi. Co z tego okresu pielęgnujesz troskliwie w pamięci ?

– Jestem czerwcowy i wydaje mi się, że ten fakt bardziej determinuje moje życie niż miejsce urodzenia. Wszystkie moje najwcześniejsze wspomnienia kojarzą mi się z ciepłym czerwcem czyli z truskawkami, czereśniami i wiśniami “szklankami” i rabarbarem. Naturalnie podkradanymi z sąsiedzkich poletek i sadów, choć nie brakowało tych owoców i warzyw w naszym przydomowym ogródku. Podkradanie lub chodzenie na tzw “dzierżawę”, było nieodzownym elementem życia towarzyskiego i nie honor było przynosić “swoje” owoce. Zabrzmi to jak bajka o “żelaznym wilku”, ale nigdy więcej w życiu nie odżywiałem się tak zdrowo jak na “wydzierżawionym” w dzieciństwie.

Pierwszy komiks w życiu dostałem od Bogdana Kasprowicza – kolegi z podwórka. Znalazł go podczas jednej z wielu wypraw na czynną wówczas “Tatarską górę”. Ta legendarna góra była parowem wypełnionym tlącymi się odpadkami komunalnymi. Gdzieś wygrzebał spod sterty śmieci komiks z serii Ilustratore Cllasicer o Wilhelmie Tellu,  oczywiście w języku szwedzkim. W latach sześćdziesiątych szwedzkie ministerstwo edukacji miało pomysł zachęcenia młodych ludzi do obcowania z klasyką światowej literatury poprzez komiksy.

Kogo z okresu “łosickiego” uznasz za przewodnika lub może przewodników po świecie sztuki, kto miał wpływ na kształtowanie miłości do rysunku, malarstwa czy rzeźby?

– Mam wrażenie, że pytanie jest ukierunkowane na Eugeniusza Ignaciuka, który urodził się i wychował za miedzą. Naturalnie pamiętam go bardzo dobrze, ale nigdy nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego zdania. Po pierwsze dlatego, że był dorosły, po drugie, zawsze był otoczony rodziną a po trzecie, co może obchodzić dzieciaka ktoś kogo nie widać w telewizji, a jedynie efekty jego pracy?

To jakiś mit, że od najwcześniejszych lat ktoś czuwa nad rozwojem, ktoś dba o rozumienie własnych potrzeb czy talentów jest drogowskazem i mentorem dla dzieciaka. Wszystkie dzieci próbują wszystkiego dotknąć i polizać. I tak ma być. Każdy chłopak chce być kierowcą jak zobaczy ścigające się samochody. Strażakiem – jak widzi akcję gaszenia pożaru. Dziewczynka – modelką, bo widzi pokazy mody i sklepy pełne finezyjnych ubrań. Piosenkarką, bo tłum z błyskiem w oku wsłuchuje się w jej wokal na scenie. I tak każdy próbuje być wszystkim i nagle, prawie nieoczekiwanie, pewnego dnia ktoś zaczyna się interesować motoryzacją, ktoś inny matematyką lub biologią a ja, zatrzymałem się w rozwoju na poziomie kredek i ołówka. Mentorzy pojawiają się później. Jak już mają co modelować.

Zdecydowałeś na studia na warszawskiej ASP, czyli kontynuacja obranej wcześniej drogi. Nie miałeś nigdy wątpliwości?

– Żadnych. Wydawało mi się to tak naturalne jak poranna kawa. Okres liceum był eksplozją wszelkich ukrytych talentów. Wszystko czego się nauczyłem pochodzi z kradzieży od nietuzinkowych kolegów. Proszę sobie wyobrazić skupisko geniuszy na powierzchni tysiąca metrów kwadratowych, którym pozwolono na wszystko co tylko zechcą robić i utwierdzanych przez nauczycieli w przekonaniu, że są wyjątkowi. Po maturze, w całej swojej młodzieńczej bezczelności, nawet nie podejrzewałem, że ktoś może być zdolniejszy i mądrzejszy ode mnie. Przez pięć lat liceum byłem taki rozkręcony, że nie pamiętam dobrze egzaminów do ASP. Wszystko się działo w biegu i musiało się kończyć sukcesem. Otrzeźwienie przyszło później, ale to już temat na inną rozmowę.

Co “Operator Ołówka” myśli o współczesnych Łosicach? Które zmiany poszły w dobrym kierunku, a które zeszły na złe tory?

– W Łosicach żyje lwia część mojej rodziny. Bywam zazwyczaj na uroczystościach rodzinnych lub przy okazji. Choćby z tego powodu nie jestem uprawniony do krytykowania, bo nie mieszkam w tym mieście od 35 lat i nieszlachetnie byłoby oceniać decyzje ludzi, którzy od zawsze zmagają się z łosicką rzeczywistością. Przyjmuję zatem do wiadomości fakt, że moich Łosic już nie ma i że wszelkie dobre i złe zmiany były i są nieuniknione. Żal mi trochę kamienic na rynku, bo to miejsce jest mentalną własnością wszystkich Łosiczan.

W swojej twórczości przemycasz czasem łosickie klimaty?

– W opowiadaniach o Jakubie Wędrowyczu, które ilustruję od dziesięciu lat, są tylko Łosickie klimaty, bo klimaty Wojsławic są nijakie.

Cały wywiad przeczytacie w najnowszym numerze i e-wydaniu Słowa Podlasia, 27 grudnia

Joanna Gąska

www.slowopodlasia.pl/wiadomosci/3429,w-ilustracjach-do-opowiadan-o-jakubie-wedrowyczu-p


Categorised as: Novinky, Rozhovory


Comments are closed.