Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

Fenomen Wielkiego Grafomana

Krytycy literaccy na półkę z opowiadaniami o Wędrowyczu patrzą z obrzydzeniem. Książek z serii o Kuzynkach recenzenci w ogóle nie zauważają. “Oko jelenia” budzi politowanie tak zwanych autorytetów, a “Dzień wskrzeszenia” tylko ich smutne westchnienie. Kto więc ustawia się w kolejkach po książki Pilipiuka? Ich dzieci. Ich żony. Ich teściowie. I ich kochanki.

Spotykamy się w Tarabuku. Wchodzi, błyskawicznie taksuje ściany i załamuje ręce nad plakatem o “ekologicznych pieluszkach wielorazowych”, które można… wymienić na spotkaniu ekologicznych rodziców na inne, większe. Nie spóźnia się, choć nie nosi zegarka.

– Zaraz, zaraz – podnosi palec do góry. Wskazujący. Sięga do kieszeni i wyciąga sprzęt przypominający model wszechświata, który na obrazie Matejki trzyma w ręku Mikołaj Kopernik.

– Mam zegarek – pokazuje mi, jak działa – wskazuje czas z dokładnością do 20 minut, ale niestety tylko tam, gdzie jest dosyć słońca.

Na zjeździe miłośników jego twórczości można było usłyszeć, że jest pisarzem z Wojsławic. Ale to nieprawda, bo w tej wsi miał tylko dziadka.

– Trochę prawda – pisarz zniża głos – bo 11 listopada mam przecież dostać honorowe obywatelstwo.

W Wojsławicach mieszka najsławniejszy z bohaterów Pilipiuka – Jakub Wędrowycz. Agresywny, plugawy staruch: zarośnięta gęba, kufajka, gumofilce, alkoholizm i całkowity brak zasad. Antybohater w każdym calu.

– Lektura niektórych opowiadań z tego cyklu budzi moje zażenowanie – postanowiłem niczego nie ukrywać. Ale Pilipiuk wcale się nie obraża. Skoro Wędrowycz poradził sobie z upiorami, czarownicami i łowcą egzorcystów, to poradzi i z “Malemenem”. Zresztą odkąd umarł i powrócił z zaświatów, jest bohaterem nieśmiertelnym.

Carskie serce

Wizyty u dziadka były dla małego Andrzeja podstawowym sposobem spędzania wakacji, bo rodziców nie zawsze było stać na wczasy. W Wojsławicach było wszystko, czego pragnął: koledzy, ruiny folwarku Poletyłów z oranżerią, do której trzeba się było zakradać przez płot, przerażające podziemia i zabudowa jak w sztetlu. Opowieści dziadka budziły z uśpienia duchy żydowskich sklepikarzy, a w Andrzeju rodziło się zainteresowanie historią. We wsi stał pomnik Aleksandra II wzniesiony w podzięce za zniesienie pańszczyzny. W 1917 roku popiersie cara utopiono w kałuży na rynku, a niszę po niej zasmarowano cementem. Widać tę niszę do tej pory.

– Ludzie zebrali pieniądze na nowy pomnik – opowiadał dziadek – i pan Ochęduszko, któremu powierzono fundusze, pojechał do kamieniarza do Chełma po Matkę Boską z Dzieciątkiem. Ale przywiózł… Tadeusza Kościuszkę.

Andrzej patrzył na zachlapane cementem litery, które układały się w napis Aleksander II, i wiedział już, jakie historie opowie chłopakom z klasy.

Niestworzone historie

Szmulki, samo jądro ciemności. Najgorsza dzielnica Warszawy. Dzieciństwo spędził między Łochowską, Ząbkowską i Kawęczyńską. Kiła, mogiła, żulernia. Ale miejscowe dzieciaki były bezpieczne, swojaków się nie ruszało. Tak naprawdę to był magiczny świat przechodnich podwórek i maleńkich ogródków przylepionych do potrzaskanych ścian. Na klepiskach między kamienicami cyganie palili ogniska.

– To był intensywny, gęsty klimat, który utraciłem nieodwracalnie pewnego dnia, gdy przeprowadziliśmy się w okolice placu Hallera. Magia zniknęła pośród szarych, powtarzalnych brył socjalistycznej architektury. Nie było już nawet prawdziwych żuli, tylko udawani. Bili kogo popadło. Zwykłe chamstwo. Do SP 49 doszedł w połowie roku szkolnego z grupą “nowych”, co dyrektor wykorzystał, tworząc dodatkową klasę. Przy okazji zesłano do niej wszystkich kłopotliwych uczniów. Wychowawczyni była odpowiednio twarda. Prawdziwy treser. Do liceum wybierały się trzy osoby. Czwarta do ekonomika. Czas miał pokazać, że dwoje zdobędzie maturę. Tata pracował w zoo na kwarantannie. Na terenie splantowanym gruzem z getta kopało się doły pod zwierzątka, które nie przeżyły. Tata znajdował wówczas w ziemi różne przedmioty. Zebrał kolekcję butelek po lekarstwach. Czasami znajdował muszle, w których powycinano dziurki. Wszyscy patrzyli na nie i snuli przypuszczenia, co to mogło znaczyć. Wyobraźnia pracowała. Tata znajdował kolejne muszle. W końcu wymyślił, że muszą pochodzić z… fabryczki guzików. A potem jeden taki znalazł. Jakoś wtedy Andrzej zaczął opowiadać kolegom niestworzone historie.

Wszystkie stworzenia duże i małe

Może to był błąd, może powinienem był zacząć czytać od “Kuzynek”? To bezwstydnie idealna literatura dla kobiet. Bohaterki są silne, także w sensie dosłownym, inteligentne, niezależne finansowo i nieprzemijająco piękne, bo posiadły sekret wiecznej młodości. Do tego szczypta horroru, magicznego realizmu, romantyczna intryga i pejzaże Krakowa w toskańskiej stylistyce.

– To prawda. “Kuzynki” są skonstruowane z premedytacją

– przyznaje pisarz. – Miało być zwykłe opowiadanie, ale szkoda mi było bohaterek na 40 stron, wciągnęły mnie ich przygody. No i opowiadanie rozrosło się do trzech tomów.

Zaczął spisywać swoje historie w mieszkaniu przy Hallera, w szóstej klasie. Rzadziej spotykał się z kolegami ze Szmulek, a nie chciał, żeby coś mu umknęło.

– Przy tym właśnie wtedy przekonałem się, że pisarze świetnie zarabiają. Czytałem namiętnie Nienackiego. I kiedyś odkryłem stopkę: nakład 250 tysięcy. Cena na okładce 26 złotych. Pomnożyłem jedno przez drugie, miałem już przecież 11 lat! Nie myślałem o kosztach druku, marżach księgarni, sądziłem, że to wszystko pisarz dostaje do kieszeni. I wyszło mi, że jakkolwiek liczę, to najlepiej w świecie być pisarzem. I na dodatek archeologiem.

– Dlaczego archeologiem?

– Bo im rząd dawał paszporty.

Ojciec w latach 70. odwiedził Szwecję, przywiózł kilka folderów o świecie. Andrzej odkrył dzięki nim, że poza Warszawą i wsią dziadka są jeszcze inne kraje, może nawet ciekawsze niż Polska. Zapragnął zobaczyć Egipt. Telewizja nadawała “Wszystkie stworzenia duże i małe” według powieści Herriota, więc chciał jeszcze zostać weterynarzem, ale w czasie pobytu na wsi zobaczył, jak wygląda człowiek, którego koń kopnął w czoło. To doświadczenie przekonało Andrzeja, żeby ograniczyć marzenia do paszportu i pieniędzy.

Prawdziwy koszmar

Do dziś notuje wszystkie pomysły. W 400-stronicowym notatniku oprawionym w żółtą skórę, który zresztą sam zrobił. Nie można było takiego kupić.

Notuje absolutnie wszystkie pomysły, nawet najbardziej absurdalne, gdyż zdarza się, że te głupie są inspiracją do nowych pomysłów. Najbardziej sensowne zapisuje na pierwszych stronach. Powstaną z nich powieści. Takie jak “Operacja dzień wskrzeszenia”: kilku młodych agentów przenosi się w czasie, żeby nie dopuścić do poczęcia polskiego prezydenta, który w naszych czasach popada w paranoję i wywołuje trzecią wojnę światową. Inne pomysły posłużą do skonstruowania opowiadań takich jak w tomie “Rzeźnik drzew” czy “Wampir z M3”. Demony pojawiają się na ulicach Warszawy czasów powstania albo stanu wojennego. Albo całkiem współczesnego Krakowa. Te najbardziej absurdalne pomysły będą wykorzystane w historii Jakuba Wędrowycza.

– Ale właściwie to jak brzmią te notatki?

– Oto przykład: jak wydestylować i wykorzystać esencję koszmaru z “łapaczy snów”. Albo co sprawia, że istnieją na drogach “czarne punkty”. I kto mógłby te czarne punkty naprawić?

Opowiadania o Jakubie zaczął pisać na studiach. Wysłał je do wszystkich wydawnictw, które publikowały literaturę fantastyczną. Odpisywali, najwcześniej po pół roku, że nie skorzystają. Albo i nie odpisywali wcale. Dziś łaszą się i kuszą, ale Pilipiuk jest wierny Fabryce Słów.

– To oni mnie znaleźli. Przeczytali opowiadania w “Feniksie”, przyjechali i powiedzieli, że to wydadzą. Jak mógłbym ich teraz zostawić?

Wtedy brakowało mu pieniędzy na skończenie studiów. Zresztą już po pierwszym roku wiedział, że nie będzie archeologiem.

– Przyjęli nas 300, a miejsce było nawet nie dla tych kilku najlepszych, ale dla tych, którzy mieli koneksje. Ja nie miałem. Wiedziałem, że nie mam czego szukać w archeologii Egiptu, bo spotkania z profesorami Niwińskim i Mazurowskim uświadomiły mi, że są to prawdziwi uczeni, dzieli nas intelektualna przepaść, że nigdy nie osiągnę ich poziomu. Dorabiałem, malując mieszkania, ale myśl, żebym to robił na stałe, była prawdziwym koszmarem, więc pisanie stało się koniecznością.

Miał 20 lat i pierwszego PC. Przepisywał na nim z 16 brulionów półtora tysiąca stron “Norweskiego dziennika”.

– Miałem pewność, że książka przyniesie mi sławę, bo to najlepsza powieść na świecie.

Zaśpiew feniksa

Na wakacje pojechał nad morze z rodziną i znajomymi. Pisarz, Paweł Siedlar, którego żona była przyjaciółką matki Andrzeja, łaził po brzegu i wymyślał opowiadanie. Andrzej siedział na piachu i zapełniał maczkiem 17. brulion.

Po trzech dniach Siedlar podszedł i zapytał go, co robi.

– Piszę powieść.

– Jak to – spojrzał na paginację – 1760 stron?!

Przeraziła go ta objętość, ale powiedział, że gdybym miał coś krótkiego, to przejrzy.

– Powiem ci, co knocisz.

Dwa tygodnie potem Andrzej pojechał na wykopaliska do Płocka. Pracował całe dnie, wieczorami pisał opowiadania o Wędrowyczu. Siedlar zaniósł cztery z nich do Feniksa. Redaktor Grzędowicz przejrzał i zdecydował, że jedno opublikuje.

– Zapłacili mi 1 800 000 starych złotych. Po pierwszej publikacji byłem milionerem! Uznałem, że to znak od opatrzności i zostałem pisarzem!

Jeszcze tego samego dnia w czytelni biblioteki uniwersyteckiej zapisał kilka stron pomysłami mitycznych stworów, z którymi mógłby się zmierzyć Wędrowycz. Wymyślał tytuły i puenty. Noc szła, a on notował bez końca. Jednym z tych pomysłów są czarne punkty. Jakub za kilka miesięcy rozbroi je w “Truciźnie”.

Eteroid za pół Lwowa

Pieniędzy potrzebował na studiach jak wody. Kiedyś w czytelni trafił na gazetę “Puls Warszawy”. Przejrzał. I postanowił zostać dziennikarzem. Przeszukiwał mikrofilmy sprzed stu lat, z dokładnością do jednego tygodnia, żeby napisać, co robili przodkowie. Trwała akurat kampania na rzecz budowy ciągu handlowego pod mostem Poniatowskiego.

– Tymczasem odkryłem, że sto lat wcześnej gazety pisały, że magistrat chce budować kramy pod tym samym mostem, choć wtedy nosił imię cara Mikołaja II.

Napisał. Zastukał do pani redaktor.

– Ale my już mamy drużynę – powiedziała.

– Ale niech pani chociaż spojrzy – rozsiadł się jak basza.

– Ooo… – westchnęła – nieźle. No dobrze, ma pan pracę.

Zanurkował w mikrofilmach. W numerze z 1899 przeczytał, że wkrótce ziszczą się marzenia ludzkości i energia eteroidu zrewolucjonizuje wszystkie dziedziny życia. Inżynier Rychnowski wyprodukował bardzo silnie zjonizowaną parę wodną, która latała w butli w postaci silnie świecących zielonych kuleczek. Amerykanie chcieli odkupić ten wynalazek za 4,5 miliona dolarów! Można było za to mieć pół Lwowa. Andrzej przywrócił z głębin niepamięci postać szalonego geniusza. Rychnowski leczył eteroidem przeróżne choroby i miał pewność, że napędzi wszystkie mechanizmy.

A Pilipiuk byłby dziś pewnie gwiazdą historycznego reportażu, gdyby nie Pan Samochodzik.

Góra Bólu

Paweł Siedler powiedział mu kiedyś, że wydawnictwo Warmia poszukuje autora, który zajmie się kontynuacją przygód Pana Samochodzika. A to była przecież ulubiona książka Pilipiuka.

– Nie mogłem darować Nienackiemu, że nie napisał tych książek więcej!

To był 1999, rządy SLD, recesja, ogólna katastrofa we wszystkich dziedzinach życia. Kilkaset złotych miesięcznie z artykułów nie wystarczało, żeby dokończyć studia. Miał na biurku 40-stronicowe opowiadanie. Przysiadł na parę tygodni, poprzerabiał, dodał kilka wątków i posłał maszynopis pod tytułem “Pan Samochodzik i tajemnica Góry Bólu”.

Po trzech dniach zadzwonił redaktor Przeradzki.

– Przeczytałem – powiada

Andrzejowi aż opadła szczęka. Z Wędrowyczem czekał przynajmniej po pół roku, żeby usłyszeć “nie”.

– Przeczytałem i chcemy to wydać. Za dwa tygodnie przyjedziemy do Warszawy i podpiszemy umowę.

Usiadł i pisał. A gdy się spotkali po dwóch tygodniach, zapytał, czy są zainteresowani dalszą współpracą.

– Jak pan coś napisze, to niech pan przysyła.

– Oto połowa kolejnego tomu – wyjął z teczki sto stron maszynopisu.

Zbaranieli. Wydali w sumie 19 części. Wystarczyło na studia.

– Ale uważam, że Nienackiemu do pięt nie dorosłem, może dwiema książkami zbliżyłem się do jego najsłabszych – podsumowuje autor. – Ale gdy odrzucali mi kolejny raz Wędrowycza i dostawałem grubachny plik 20-złotówek za dziesiątego Samochodzika, to myślałem sobie, że gdybym wydał tyle oryginalnych książek, to Sapkowski by mi buty czapką polerował!

Wydał 26. Nabrał pokory.

Wielki Grafoman

– Wiedziałem, że kiedyś dostanę tę samą łatkę co Łysiak i Chmielewska, bo przypina się ją w Polsce każdemu, kto sprzedaje kilkaset tysięcy egzemplarzy – Pilipiuk postanowił wyprzedzić ten ruch i w opowiadaniach o Wędrowyczu sportretował Wielkiego Grafomana. Niewyrobiony literat, który szkaluje Jakuba bez krzty litości nosi pewne cechy autora.

– Dorzuciłem kilka negatywnych cech, których nie posiadam, na przykład ja nie ganiam za owcami – zastrzega – i poskutkowało. Recenzenci piszą o mnie Wielki Grafoman. Mam satysfakcję.

W pierwszym tomie “Kuzynek” Wielki Grafoman w jednym z krakowskich lokali publicznie znieważa urzędnika państwowego na służbie. Wciska go pod stół i każe mu zeżreć nakaz.

– Nie muszę pisać dobrze o władzy, która odbiera mi moje pieniądze – wyjaśnia, że podwyższenie podatku VAT na książki spowodowało, że rynek książki osunął się o jedną trzecią. – Od stycznia chcą odebrać twórcom ostatnią, dziesięcioprocentową ulgę. Salonowi twórcy, jako nasz skarb narodowy, nie muszą się tym martwić, bo i tak dostaną swoje dotacje. Ja nie biorę dotacji. Dostaję po kieszeni. Nie mogę urzędnikom dokopać w realu, ale od czego jestem pisarzem?

Urzędnicy w jego książkach to mało rozgarnięte kreatury. Policjanci budzą sympatię, nawet jeśli Birski oberwie od Wędrowycza, to w kolejnym opowiadaniu znów jest żywy i zdrowy. Księża nie są pedofilami ani gejami. W dodatku są wierzący. W “Oku jelenia” , kiedy następuje koniec świata i wszyscy wpadają w popłoch, tylko ojciec Rydzyk nadaje do ostatniej sekundy modlitwy pocieszenia.

– Bardzo niesalonowe to pańskie pisanie.

– Kościół nigdy mi krzywdy nie zrobił, a państwo i szkoła owszem.

– A nie ma pan ochoty pobrylować pośród luminarzy wysokiej kultury? Posiedzieć na kanapie u Kuby Wojewódzkiego?

– Jestem w jednej trzeciej Ukraińcem, więc gdybym spotkał pana Wojewódzkiego, musiałbym dać mu w mordę. Zresztą o czym z nim rozmawiać? Przecież po gębie widać, że on niczego nie czyta.

– Ale chyba każdy pisarz chciałby, żeby jego książki stały na półce w jednym szeregu z noblistami. Albo przynajmniej laureatami Nike.

– Mam niechętny stosunek do literatury salonowej, bo o czym tam czytać? W Polsce wydaje się kilkadziesiąt czasopism literackich spośród których tylko “Nowa Fantastyka” nie jest dotowana. Pozostałe dostają pieniądze z Ministerstwa Kultury.

I czasopisma

Miał na tle dotacyjnym starcie z urzędniczką tegoż Ministerstwa, kiedy chciał uzyskać status twórcy.

– Ale jaki ma pan zawód? – dopytywała.

– Piszę książki.

– Jak to? – nie mieściło się jej w głowie. – Ale gdzie pan pracuje?

– Nigdzie. Żyję z pisania książek i opowiadań.

Położył na biurku kilka egzemplarzy “Feniksa” i “Nowej Fantastyki”.

– Co to jest?

– Czasopisma literackie, w których publikuję.

– Ale to nie są czasopisma literackie – oświadczyła. – Ja przyznaję te dotacje i na mojej liście takich tytułów nie ma.

– Ale to są czasopisma literackie, których się nie dotuje.

– Niech pan nie żartuje – wydęła usta – takich czasopism nie ma.

Andrzej Pilipiuk uważa, że literatura główno-nurtowa, pomijając kryminał, egzystuje dzięki wsparciu mediów. Zastęp krytyków pisze pozytywne recenzje, dzięki którym minister przydziela dotacje i stypendia, a pisarze mogą spokojnie żyć i pracować.

– Grozi to pokusą pisania pod krytyków. My, pisarze z nurtu fantastyki, musimy pisać po ludzku, żeby podobać się czytelnikom. Nie musimy za to pisać powieści o życiu gejów, żeby zasłużyć na dotację z Fundacji Wspierania Różnorodności. Możemy napisać nawet powieść homofobiczną, bo nikt nam nie może odebrać dotacji. I nie można nas zdemoralizować jakąś nagrodą literacką. Jeśli do Nike jest dołączony czek na bodaj 100 tysięcy złotych, to może obudzić się w pisarzu pokusa, żeby skroić książkę pod nagrodę. Żeby trafić w gusta tych, którzy przyznają nominacje. My możemy pisać tak, jak lubimy. Pewnie, “głównonurtowcy” też tak myślą. Tyle że “społeczeństwo nie dorosło, skoro nie chce ich kupować”. Mogą myśleć co chcą. Szkoda tylko, że są utrzymywani z moich podatków.

Wehikuł czasu

W literaturze popularnej nie może zabraknąć potworów i machiny do podróży w czasie.

– Machina czasu jest mi potrzebna, bo posiadam 700 carskich rubli w banknotach, chciałbym przenieść się w czasie i wymienić je w carskim banku na złoto.

– A potwory? Skąd się biorą potwory?

– W głowie się lęgną.

– Z opowieści dziadka?

– Bardziej z archeologii. Weźmy Gotów z Masłomęcza. Kiedy świętowali, rozkopywali groby i wyciągali czcigodnych przodków, żeby świętować razem z nimi. Znajduje się tam naczynia, tak małe, że w środku musiało być coś mocniejszego niż alkohol. Do tego pozrywane upięcia szat, rozgięte fibule. To znaczy, że kiedy już się odurzyli, to w obecności trupów zrywali z siebie odzież. Niewykluczone, że dochodziło do orgii.

Traugutt

Dla autora popularnej literatury największym wyzwaniem jest nie język (Kochanowskiego rozumiemy bez słownika, a Sienkiewicz stworzył własną sarmacką polszczyznę), ale odtworzenie mentalności bohaterów z innych czasów. Współcześni postrzegają historię linearnie.

– Ale nasi przodkowie widzieli ją cyklicznie. Co roku była Wielkanoc. Niektórzy krzyżowcy sądzili więc, że była na tyle niedawno, że można iść do Ziemi Świętej, żeby ukarać morderców Chrystusa. W XVI wieku panowały spory, czy wolno jeść widelcem. Bo to przecież nie godzi się nieść do ust pożywienia, które dał nam Bóg, za pomocą diabelskich wideł.

Filozoficzno-teologiczny spór o widelec trafił na karty “Oka jelenia”. Staszek słucha w kościele kazania na ten temat. Zresztą kiedy przenosi się w czasie, najpierw struga sobie łyżkę. I ma ten gest rangę rytuału przejścia. Hela, dziewczyna z XIX wieku, mówi podobnym do niego językiem, ale sposób myślenia ma kompletnie odmienny.

– Kiedy wymyślałem tę dziewczynę, przypominałem sobie czytany kiedyś “Przewodnik dla panienki idącej na pensję z modlitewnikiem i ćwiczeniami duchowymi”. Gdybym napisał w myśl tych zasad, nikt by w takiego bohatera nie uwierzył, bo wyszłaby z tego dziewczynka, którą z Koła Przyjaciół Radia Maryja przegnaliby za dewocję. Ale jest patriotką. Jest z czasów Traugutta, który przed sądem zamiast błagać o łaskę, mówił: “Tak, byłem dyktatorem powstania. Uważam, że naród, żeby się dobrze rozwijać, powinien być wolny i sam o sobie stanowić”. Kropka. Pilecki podobnie potrafił powiedzieć. Ale dziś? Społeczeństwo strasznie skarlało. Kiedy patrzę na nasze media, to czegoś nie pojmuję. Przecież dziś za patriotyzm nie biją i nie strzelają…

– Bo dziś stryczek nie jest z konopnego sznura, ale z kredytu…

Hela, wielokrotnie gwałcona, nie poddaje się rozpaczy. Mówi do siebie: “Jestem Polką, moi przodkowie ginęli w powstaniach, wytrwam”.

Sukces

– Piszę, bo zawsze, odkąd miałem w ręku ciekawą książkę, “Opowieści z Narni”, Tomka Wilmowskiego czy Pana Samochodzika, to męczył mnie czas oczekiwania na kolejny tom. Chciałem więcej! Poznać historię do samego końca. Od tego zaczęło się pisanie. Od pragnienia, żeby panować nad opowieścią. I jeszcze mieć paszport i pieniądze.

– W sumie się udało.

– Paszport mam. Pieniądze też. Ale jeszcze nie wydałem książki, która ma 250 tysięcy nakładu pierwszego wydania.

Po 26 złotych.

Autor: Grzegorz Kapla

http://facet.onet.pl/malemen/fenomen-wielkiego-grafomana/6wrv1


Co se nestane při představení nové knihy. foto (c) Tomasz Rawiński

Podczas Andrzejkowa premiera Raportu z Północy nie zabrakło wróżb 🙂 Najpierw był Muminek, znak, że Andrzej jeszcze nie raz na Północ wróci. A potem jeszcze to… no właśnie;) spróbujcie to zinterpretować. foto (c) Tomasz Rawiński#Pilipiuk #andrzejpilipiuk #raportzpolnocy #premiera

Zveřejnil(a) Fabryka Słów dne 4. prosinec 2017