Vandrovec.net

Vítejte v krajině, kde cizák zahyne

Wywiad z Andrzejem Pilipiukiem – Zabawy konwencjami zawsze mnie pociągały

andrzej-pilipiuk-wywiad-1 

Słowiańskie legendy, nietypowe wizje przyszłości, magia czasów minionych – to tylko niektóre z tematów podejmowanych w rozmowie z Andrzejem Pilipiukiem. Autor szczegółowo opowiada nam o zawartości zbioru „Litr ciekłego ołowiu”, dzieli się przepisem na interesujące opowiadania fantastyczne, a także wyjawia plany literackie na najbliższą przyszłość, również te związane z Wędrowyczem.

Marcin Waincetel: Jest pan autorem poczytnym, a kolejne książki ukazują się w ekspresowym tempie. Znajduje pan czas na przyjemności?

Andrzej Pilipiuk: Osobiście raczej ubolewam nad swoim lenistwem i wolnym tempem pracy. Wydaje mi się, że powinienem pisać znacznie więcej – zwłaszcza że tworzę przeważnie dość proste historie.

Czas na życie rodzinne oczywiście staram się znajdować… Co do przyjemności, nie używam od lat telewizora (ostatni raz włączyłem to pudło po to, aby obejrzeć konklawe, w którym wybierano Benedykta XVI). Czytam książki – choć wydaje mi się, że za mało… Do kina chodzę bardzo sporadycznie.

„Litr ciekłego ołowiu” to zbiór historii z pogranicza – ludzkiego poznania, fantastyki i rzeczywistości. Skąd inspiracje do tak zróżnicowanych opowieści?

Czytam, znajduję ciekawe tropy, staram się iść za nimi… Wszystkie pomysły notuję w notesie. Czasami coś się z tego urodzi, czasem pozostają niewykorzystane. Przede wszystkim poruszam się na styku kultur – czerpię trochę z folkloru polskich kresów, trochę z legend ukraińskich i rosyjskich. To rzeczy dziś mało znane – wyrosło cale pokolenie zapatrzone na zachód – nasi rodzice poznawali mitologię ruską i rosyjską za pośrednictwem kultury sowieckiej, ale dla 20- i 30-latków to kompletna egzotyka.

Józef Piłsudski widziany oczami pokoleń z dalekiej przyszłości. Polska jako supermocarstwo. „Cienie” z ostatniego zbioru to ledwie szkic, jednak niesłychanie, nomen omen, fantastyczny.

Chciałem, żeby to był tekst na swój sposób niedopowiedziany – kolejne zetknięcie z nieznanym. Piłsudski spotyka dziewczynę – najprawdopodobniej podróżniczkę w czasie. Otrzymuje od niej niebieską różę pachnącą konwaliami. Nie dowiaduje się od niej niczego o przyszłej Polsce, nie wie nawet, z jakiego okresu dziewczyna przybyła. Ale fakt, że przybyła złożyć mu hołd, daje mu pewność, że Polska, którą budował, przetrwa, że „nasze kiedyś będzie na wierzchu”. Choć Polacy odległej przyszłości niekoniecznie należą do rasy białej, ale wódz może, zasypiając, pomyśleć: „to, co było w nich dobre, to i zostało”.

Premiera ładnie zbiegła się z rocznicą śmierci Marszałka, co zauważyło nawet kilku recenzentów – ale nie było to zamierzone.

Można odnieść wrażenie, że do niektórych postaci ma pan pewien szczególny sentyment. Choćby do artystów z cyrku „Amfora”, którzy pojawili się w zbiorze „Reputacja”, a teraz powracają w epizodzie poświęconym Stormowi.

Czytelnik lubi wiedzieć, „co było dalej”. Pewne nawiązania pozwalają dopowiedzieć historie. Flinta na słonie klauna Marco przemówi jeszcze w kolejnym tomie. Czasem sygnalizuję, że coś dzieje się w tym samym uniwersum – Storm przewija się w IV tomie cyklu o kuzynkach Kruszewskich, wynajmuje go Ferdynand „Hipopotam” Grążel – szemrany biznesmen z VII tomu „Oka Jelenia”. Sam poszukiwacz kupuje od zegarmistrza zegarek po innym z moich bohaterów – doktorze Skórzewskim. Gadający kot wędrujący w czasie manifestuje się w finale „Operacji Dzień Wskrzeszenia” i w „Oku Jelenia”. Kot ten jakoś ingeruje w przeszłość – choć jego rola nie jest do końca określona. Wspomina o wielu światach równoległych, ale z jego ust pada też niepokojące zdanie: „przybywamy z wielu różnych przyszłości”.

W „Plamie”, kolejnym z nowych opowiadań, realia historyczne po II wojnie światowej podszyte są grozą i niesamowitością subtelnie akcentowaną przez odwołania na przykład do pomysłów z mitologii Lovecrafta. Lubi pan eksperymentować z gatunkami?

Czasem robię takie doświadczenia. Przychodzą mi do głowy pewne pomysły, zderzam konwencje i patrzę, co mi z tego wyszło. Czasem zrobię jakieś nawiązanie – np. opowiadanie „Ośla opowieść” to modne w obecnych postmodernistycznych czasach „nowe odczytanie” jednego z wątków powieści Carlo Collodiego „Pinokio”.

Lubię też pokombinować sobie nad historiami alternatywnymi – stąd np. opowiadanie „Die Wunderwaffen”, w którym Hitler jako artysta-menel żyje w Berlinie okupowanym przez Carską Rosję i do tego zalega z czynszem w kamienicy będącej własnością żydowskiej mafii.

Albo „Atomowa ruletka”, gdzie Polska jest mocarstwem atomowym. Rzeczywistości alternatywne są bardzo wdzięcznym tematem. Można sobie zaszaleć. Odreagować dawne klęski. Ale tworząc utopijny świat „Ruletki”, dorzuciłem kamyczek – opisuję bogatą i potężną mocarstwową Polskę z punktu widzenia ukraińskiego terrorysty, a jednym z bohaterów jest stary zgorzkniały Niemiec Hans Kloss, który dobrze zalegendowany od sześćdziesięciu lat udaje polskiego oficera. W kolejnych opowiadaniach cyklu ten utopijny świat pokazuje swoje odmienne, groźniejsze oblicze. Charyzmatyczny generał Kowalski organizuje kompletnie nielegalny rajd helikopterów bojowych w głąb Kanady, nie przejmując się możliwością wywołania trzeciej wojny światowej – choć trzeźwo rozkazuje by odwetowe uderzenie na Nowy Jork przeprowadzić bez użycia głowic atomowych. Ale mam też pomysł na opowiadanie antyutopijne.

W swoich literackich próbach testuje pan również nowe formy prowadzenia narracji – przedstawienia historii. Było tak choćby w opowiadaniu ze zbioru „Reputacja”, które dotyczyło wspomnianych wcześniej artystów z grupy cyrkowej „Amfora”.

Eksperymentem konstrukcyjnym jest opowiadanie „Wielbłądzie masło” – fabuła toczy się w dwu wątkach, które biegną niezależnie od siebie, bohaterowie obu spotykają się w jednej scenie, a potem ich drogi rozchodzą się do dwu różnych zakończeń. Ciekawa konstrukcja, nigdy się z taką nie zetknąłem.

W „Sowim zwierciadle” wprowadziłem inny zabieg – bohater jest przekonany, że wszystko idzie gładko, tymczasem jego tropem podąża sędzia śledczy Ogarew, którego dochodzenia nie opisałem wcale, ale poznajemy je z raportów cytowanych, co kilkadziesiąt stron. To jakby nadprogramowy bohater – groźny, choć nieobecny w fabule… Tam też fabuła biegnie dwutorowo w dwu różnych epokach – choć pod koniec zaczyna korelować – obaj bohaterowie dotrą na Gotlandię, tyle że w odstępie 150 lat.

Inne z opowiadań mają z kolei bardzo harmonijną strukturę.

Parokrotnie stosowałem tzw. „klamry” – zakończenie nawiązywało mocno do prologu. Pozwala to ładnie zamknąć tekst w spójną całość. W „Sezamie czerwia” z najnowszego zbioru znowu zrobiłem eksperyment – dwaj kluczowi dla fabuły bohaterowie pojawiają się tylko w prologu i epilogu.

Przeważnie piszę o dobrych ludziach i moje teksty z reguły kończą się happy endem – dla wszystkich bohaterów, którzy dożyją zakończenia… A ci źli zostają zastrzeleni i zakopani albo na przykład… zjedzeni. Fajnie jest osadzać postaci historyczne w nowych rolach. W świecie równoległym ćpun Göring kupuje morfinę od dilera – doktora Mengele. Żydowski gangster z Otwocka Urke Nachanik kontroluje czarny rynek w Berlinie, a Stangl – w naszej rzeczywistości komendant Treblinki – tam zostaje wykończony przed żydowskich bandziorków… W innym opowiadaniu generał Jaruzelski powtarza swoją rolę z naszej rzeczywistości, ale wysługuje się nie sowietom tylko carowi.

Opowiadanie „Harcerka” to sugestywna wizja świata po zagładzie, która jest jednak dalece różna od tych znanych ze współczesnej popkultury. Był pan znużony dotychczasowymi schematami?

Po co powielać cudze schematy? Miałem własną wizję i ją napisałem. Postapokaliptyki pisane są mocno na jedno kopyto. Zdewastowane światy, dyktatury, malownicza degeneracja społeczeństw, czasem hordy mutantów. Ja stworzyłem wizję trochę podobną do „Szkarłatnej dżumy” Jacka Londona. Nie było wojny, była zaraza, która wykosiła ludzi. Nie znamy jej przyczyn. Mamy świat zastany – minęło niemal sto lat.

W „Harcerce” cywilizacja mozolnie odradza się na pogorzelisku. Niewielkie państewka walczą o przetrwanie na gruzach naszego świata, traktując pozostałości naszej cywilizacji głównie jako źródło surowców. Z racji studiów archeologicznych trochę wiem o trwałości materiałów – założyłem, że z elektroniką, amunicją i paliwem 70-80 lat po katastrofie byłoby bardzo krucho… Stąd kusze, sterowce, wiadomości wysyłane heliografem, żarówki jako cenna waluta, a zdobycie penicyliny oznacza eksplozję demograficzną, bo dzieciaki nagle przestają umierać.

Jak można byłoby zatem opisać świat przedstawiony w „Harcerce”? Na pewno jest on nieco archaiczny – choćby ze względu na technologię.

To świat poszatkowany. Nasza cywilizacja tworzy w miarę harmonijną całość. Tam pewne rzeczy ocalono, inne nie. Przetrwało zbyt mało fachowców, aby udało się odtworzyć radio, nie ma internetu, ale ocalały magistrale światłowodowe, więc można nadać wiadomość rozbłyskami lasera. Zarazem łączność telefoniczna z jednego brzegu Wisły na drugi sprawia problem. Są generatory elektryczne, organizuje się seanse kinowe, ale książki drukuje się w archaicznej technice linotypu. Jest ciepła woda w kranie i papier toaletowy, ale kawę pija się tylko, gdy komuś uda się znaleźć zapakowaną próżniowo paczkę z naszych czasów.

andrzej-pilipiuk-wywiad-4

W świecie po globalnej katastrofie istotną rolę odgrywa przywiązanie do tradycji.

Książę Oskar tłumaczy bohaterce, że dawny świat stłukł się jak szklany wazon. Skleić go do kupy już się nie da, ale z okruchów można ułożyć jakąś nową całość…

Przede wszystkim chciałem stworzyć postapokaliptyk, w którym światem nie rządzi naga przemoc, ale gdzie wygrywają wartości humanistyczne. Gdzie odradza się porządek, organizacja, świat zasad. Małe dzikuski buszujące w ruinach miasta, uzbrojone w kusze i ubrane w kurtki z psich skór, z dumą wyjaśniają, że są drużyną harcerską. Drukuje się nowe książki, chroni i ratuje stare. Książę jest trucicielem, bez wahania kradnie technologię sąsiadom, karę śmierci stosuje powszechnie, złodziejom ucina łapy, ale zarazem jest to człowiek na swój sposób dobry – szczerze chce przyjaźni i pokoju z okolicznymi ludami, próbuje wychowywać podległe mu społeczeństwo, docenia i nagradza starania swoich poddanych. Ale potrafi też skarcić (to znaczy zabić) tych, którzy w jego mniemaniu zrobili coś nie tak…

Trochę podobnie skonstruowany jest kapitan Nowych z „Operacji Dzień Wskrzeszenia”. Stosuje tortury, ale nie jest jakąś wyjątkową świnią i zasadniczo chciałby się dogadać. Usiłuje trochę nieudolnie przeciągnąć bohaterów na swoją stronę. Działa wedle hasła „Ojczyzna uświęca środki”, a cały problem polega na tym, że on służy ojczyźnie swojej, a bohaterowie – naszej. Cele są więc kompletnie rozbieżne.

Nie tylko bohaterów próbuje nam pan przybliżyć z różnej perspektywy, ale też wykorzystuje różne gatunki literackie, dzięki czemu lektura jest urozmaicona.

Zabawy konwencjami zawsze mnie pociągały. Wędrowycz to horror – ale na wesoło. Pisząc opowiadania o wampirach, zrobiłem sobie jaja z wszelkich archetypów – klasyczny horror ukazuje wampiry jako pierońsko silne, inteligentne, krwiożercze istoty, zazwyczaj o pochodzeniu arystokratycznym i dysponujące znacznymi środkami pieniężnymi. „Wywiad z wampirem” był próbą nowego odczytania odwiecznego mitu. „Zmierzch” jeszcze mocniej odwrócił archetyp w inną stronę. Ja, tworząc wampiry biedne, słabe i głupie oraz umieszczając je w fabryce na warszawskiej Pradze i fundując im życie w okresie komuny, zrobiłem sobie jaja i z klasyki, i ze „Zmierzchu”, i z rozterek bohatera „Wywiadu z wampirem”.

Podczas ostatnich Dni Fantastyki we Wrocławiu wspomniał pan, że w planach jest między innymi kolejny zbiór opowiadań bezjakubowych. O ile pamiętam, do doktora Skórzewskiego oraz Roberta Storma mają dołączyć zupełnie nowi, nieznani dotąd bohaterowie.

Cóż, starzy bohaterowie byli przez ostatnie lata bezlitośnie gonieni do roboty. Przygód Skórzewskiego czy Storma starczyłoby na całe samodzielne książki. Oni już się trochę opatrzyli – trzeba czytelników kolejny raz czymś zaskoczyć. Problem w tym, że nie jest łatwo wymyślić dobrego bohatera. Takiego, którego postać może posłużyć do opowiedzenia całego szeregu fajnych historii.

Dobra książka powinna być jak pudełko czekoladek. Tak, żeby było wiadomo, czego się można spodziewać, ale żeby po otwarciu przeżyć pewną niespodziankę. Mam kilka nowych pomysłów.

Na grudzień przewiduje pan z kolei nowy tom poświęcony Wędrowyczowi. Wszakże zbliża się 15 rocznica debiutu tej postaci na łamach Fabryki Słów. Z czym tym razem będzie musiał zmagać się słynny egzorcysta?

Przede wszystkim będzie użerał się z odwiecznym wrogiem – plemieniem Bardaków, ale przyjdzie mu szlachtować także rozmaitą paranormalną gadzinę… Do tego wybierze się w podróż w czasie po to, aby w zamierzchłej przeszłości spotkać Conana-już-nie-Barbarzyńcę… Zmierzy się z wojownikami ninja i eko-wikingami. W podejrzanej restauracyjce przekona się, że kradzione naprawdę nie tuczy… Wyjaśnię także, czemu kozak Semen jest taki stary i dlaczego Wędrowycz w dzieciństwie spalił szkołę.

Wspominał pan również o chęci stworzenia powieści o duchach. Gotycka groza? Śledztwo paranormalne? Czy mógłby pan nieco naświetlić ten pomysł?

Horror, ale dla jajec – w klimacie odrobinę podobny do Wędrowycza i wampirów z warszawskiej Pragi. Czyli zasadniczo na wesoło, choć i z miejscami, gdzie czytelnik na chwilę się zaduma… Fabuła zaczyna się od tego, że dwie znudzone arystokratki postanawiają w asyście służącej gruchnąć z pradziadkowej armaty salut na cześć cesarza Napoleona – co kończy się tragicznie. Dochodzi do eksplozji, pożogi i dziesiątków przypadkowych trupów, bo kula trafia w karczmę… Ale wbrew pozorom to dopiero początek ich przygód, ponieważ zasadniczo będzie to opowieść o pałacu, w którym trzy martwe panienki „odbywają karę czyśćca w reżimie aresztu domowego” – czyli mówiąc po ludzku, straszą kolejne pokolenia zaborców, okupantów i komuchów, zarazem obserwując jak świat schodzi na psy.

Chciałem zapytać o komiks „Krasnoludy”, który stworzył pan wraz z żoną Katarzyną, współodpowiedzialną za scenariusz, i rysownikiem Zbigniewem Larwą. To świetna opowieść rozrywkowa, podszyta również celnymi, społecznymi komentarzami. Jest szansa na kontynuację?

Gotowy jest scenariusz kolejnych 3 zeszytów. Drugi album już się powoli rysuje. Niestety proza życia – narysowanie komiksu o tak skomplikowanej kresce to dla rysownika kilka tysięcy godzin pracy. A z czegoś trzeba żyć…

Świat krasnoludów to trochę satyra na naszą rzeczywistość. Kraina, gdzie studenci zajmują się głównie konsumpcją piwa, a górnicy piją spirytus dezynfekcyjny i należą do związku zawodowego. Bohaterowie za pracę otrzymują zamiast pieniędzy nic niewarte akcje kopalni i jeszcze muszą wybulić od tego podatek. Nie jest to komiks politycznie poprawny – w pierwszym zeszycie bohaterowie spotkają krasnoluda księgowego, który ma pejsy, jarmułkę i druciane okulary, a straszliwe zaklęcia magiczne zapisane są cyrylicą…

andrzej-pilipiuk-wywiad-3

Czy możemy się spodziewać kontynuacji niektórych z pana historii? A może czeka nas coś zupełnie nowego, w odmiennym gatunku?

Myślę o powrocie do świata „Oka Jelenia” – niewyjaśniony pozostaje wątek drugiej grupy poszukiwaczy. Zatem znowu kilkuksiąg dziejący się w XVI wieku. Sądzę, że pierwszy tom ulokuję w Wenecji, ale zasadniczo fabuła rozegra się w Niderlandach i północnych Niemczech. Tomy 1-6 pokazały Hanzę tracącą swe wpływy nad Bałtykiem. Nowy cykl ma ukazać miasta, w których liga jeszcze działała.

Ale w dalszych planach kolejny obszerny cykl, którego fabuła będzie się rozgrywała u progu II wojny światowej. Chcę pokazać w tle II RP. Jaki to był fajny kraj przed niemieckim najazdem…

Rozmawiał: Marcin Waincetel

Pochodzi: http://booklips.pl/wywiady/zabawy-konwencjami-zawsze-mnie-pociagaly-wywiad-z-andrzejem-pilipiukiem/